Kolejne rozdziały czekają na swój świstoklilk. Nie liczcie na regularność, postaram się dobrnąć sprawnie do końca pierwszego roku ;)

Mam zamęt twórczy, nie wiem co, gdzie i kiedy napiszę.

środa, 20 czerwca 2018

10. Święta

Ślizgoni jakoś musieli poradzić sobie z przegraną. Mimo kłopotów szukającego Gryfonów, ponieśli rażącą porażkę, nie przeszkadzało im to jednak w gnębieniu kolegów różnymi docinkami. Głównym obiektem żartów był oczywiście Harry.
- Jak tam ujeżdżanie miotły, Potter?
- Dopadł cię lęk wysokości?
- Siostrzyczka odwala za ciebie robotę, Potter!
- Nie słuchaj ich. - Alex wywróciła oczami i przeniosła wzrok na sąsiednią stronę wielkiej księgi. Siedzieli od rana w bibliotece i szukali czegoś o Nicolasie Flamelu. - Nie umieją przegrywać.
- Owszem. Ale nie podoba mi się, że ktoś ot tak może zaczarować moją miotłę - mruknął Harry, podpierając głowę pięścią.
- Flitwick obejrzał miotłę, nic jej nie jest. Wieczorem rzucę ci na nią kilka ochronnych czarów, tylko muszę jeszcze dwa z nich trochę poćwiczyć - starała się go uspokoić. - Swoją zresztą też zabezpieczę. Masz coś?
- Nic - westchnął.
- Tego szukacie, Potter? - Nagle koło nich pojawił się Draco Malfoy, z książką w ręce. Rzucił ją na stół, a Alex dostrzegła tytuł "Magiczne gady i płazy Ameryki Południowej - encyklopedia". - Uzupełniasz braki w drzewie genealogicznym, co? To po babci rzekotce drzewnej ten szeroki uśmiech? W sam raz do łapania znicza! - zaśmiał się  cienko, a Alex ze złością zatrzasnęła książkę.
- Idź sprawdź, czy cię nie ma za drzwiami, Malfoy. - Była tak zmęczona tymi docinkami, że już nie chciało jej się wymyślać lepszych ripost. - Ty na pewno nie masz w rodzinie żadnych płazów, bo twoje żarty są suchsze niż piasek na pustyni. Gadów za to masz w niej bez liku.
- Czy ty właśnie obrażasz moją rodzinę, Potter? - zasyczał groźnie, nachylając się do niej.
- Nie bardziej niż ty moją. Naruszasz moją strefę komfortu, Malfoy. - Gestem pokazała mu, że ma się odsunąć. - Zostaw nas, rozmawiamy o ważnych sprawach, niewłaściwych dla uszu małych kijanek - sarknęła.
 Malfoy pomamrotał coś pod nosem i zostawił ich w spokoju. Harry westchnął.
- Nie odpuści tak łatwo.
- Wiem. Ale nie mam zamiaru mu niczego ułatwiać. Trzeba znaleźć sposób, by utrzeć mu nosa...
- Teraz mamy ważniejsze sprawy na głowie. Mam dość - stwierdził Harry, zamykając książkę. - Idę do Pokoju Wspólnego, może Hermiona i Ron coś wymyślili. Idziesz?
- Zaraz cię dogonię, muszę jeszcze coś załatwić. Szkoda, że Hermiona wyjeżdża. Ona najprędzej by coś znalazła... - Pomachała Harry'emu na pożegnanie i pozbierała swoje rzeczy. Szybkim krokiem przeszła przez zamek i nieco zdyszana wdrapała się na ostatnie piętro sowiarni, gdzie bez trudu odnalazła swoją sowę.
- Sandy! Chodź tutaj! - zawołała.
- Sandy? - Teraz dopiero zauważyła Hagrida, wiążącego jakiś świstek do nogi jednej ze szkolnych płomykówek. - Skąd takie imię?
 - Podobało mi się. - Alex wzruszyła ramionami. - I pasuje do niej. - Wskazała płowe upierzenie ptaka. - A czemu pytasz, Hagridzie?
Oblicze olbrzyma nieco się zachmurzyło.
- Twoja matka miała sowę o takim imieniu, trochę podobną do twojej, cholibka. Towarzyszyła jej przez siedem lat w Hogwarcie. Potem śmierciożercy prawdopodobnie capnęli ją, gdy leciała z listem do przyjaciół Lily i już nigdy do niej nie wróciła.
- Smutne - westchnęła Alex. - To nie dziwne, że nazwałam swoją sowę tak samo, jak ona? - zapytała z namysłem.
- Absolutnie! Jesteś do niej tak niesamowicie podobna, że w ogóle mnie nie dziwi, że Sn-... - Hagrid zmieszał się nagle. - Jest zawsze przy tobie, tutaj, w twoim sercu. - Wskazał gestem. - I będzie tam, choćby nie wiem co. 
- Dzięki, Hagridzie. Jeżeli chodzi o to, co mówiliśmy po meczu... - zaczęła.
- Wiem, że Snape zalazł wam za skórę, cholibka. Ale gwarantuję wam, że nie chciał zabić Harry'ego - oświadczył stanowczo Hagrid. - Skrytka jest bezpieczna i nic wam do tego! To nie są sprawy dla małych dzieci. Pójdę już, załatwiłem, co miałem załatwić.
- Hagridzie! - zawołał za nim Alex. Nie chciała go rozzłościć. Gajowy jednak już zniknął, siadła więc na najmniej upaćkanej ekskrementami ławce, wyciągnęła pergamin oraz pióro i zabrała się do pisania listu.
Drodzy Ann i Tomie,
przepraszam, że do Was nie pisałam, wiem, że obiecałam. Bardzo podoba mi się w Hogwarcie, nawet nie wiecie, jak bardzo! No fakt, nie wiecie, bo się do Was nie odzywałam. Raz jeszcze proszę Was o wybaczanie.
Bardzo chciałabym się z Wami spotkać i wszystko Wam opowiedzieć, ale obawiam się, że muszę zostać na święta w szkole. Mam strasznie dużo nauki do egzaminów semestralnych i pomyślałam też, że zostanę z Harrym. On nie wraca do naszego wujostwa na przerwę świąteczną, twierdzi, że to okropni ludzi. Myślę, że to dobra okazja do nadrobienia straconego czasu. Mam nadzieję, że się nie gniewacie, co? Przyjadę, gdy tylko będę mogła, obiecuję. Może nawet uda mi się zaprosić na kilka dni Harry'ego, jeżeli nie macie nic przeciwko. Ale to odległe plany. Teraz życzę Wam wesołych świąt. Sandy jeszcze przyniesie Wam coś przed Nowym Rokiem. Niestety przesyłka nie dotarła do mnie na czas.
Ściskam Was mocno i pozdrawiam od siebie i moich przyjaciół. Musicie ich koniecznie poznać!
Alex
Zakleiła kopertę, zaadresowała do swoich opiekunów i wypuściła Sandy z sowiarni. Ruszyła z powrotem do wieży Gryffindoru, zastanawiając się, w czym jeszcze jest podobna do matki.

***

Harry i Ron grali w szachy. Hermiona przyglądała im się znudzona, co jakiś czas  podrywając się z fotela i biegła na górę, by wrzucić do kufra jeszcze jedną rzecz, o której zapomniała.
- O której wyjeżdżasz? - zapytała Alex, dosiadając się do nich.
- Po obiedzie. Czy ja spakowałam szczoteczkę do zębów? - zastanowiła się nagle.
- Tak, sprawdzałaś to dziesięć minut temu, po czym uznałaś uspokojona, że twoi rodzice są denterystami i mają ich w domu na pęczki. - Alex wywróciła oczami.
- Dentystami - poprawiła ją Hermiona. - To strasznie brutalna gra! - zawołała, gdy królowa Rona wyrzuciła z planszy sponiewieranego skoczka Harry'ego.
- Mogę spróbować? - Ron ustąpił miejsca Alex i machnięciem różdżki ustawił ponownie figury. - Białe zaczynają, tak?
- Musicie koniecznie przeszukać bibliotekę! - gorączkowała się Hermiona w czasie, gdy Ron sugerował Alex możliwe rozwiązania. - Ja mogę wziąć do domu tylko kilka książek, wątpię, by coś w nich było...
- Spróbuj poszukać w mugolskich bibliotekach - mruknęła Alex, szukając dogodnego miejsca do postawienia skoczka. Chwilę później został zbity przez wieżę Harry'ego. - Kurcze, trudne to. Neville, co się stało?
Chłopiec podszedł do nich z niewyraźną miną.
- Czekam na ciebie, Alex. No i Malfoy znowu mi dokuczał...
- Przykro mi, Neville, olej go. Niech sobie gada. - Zerknęła na zegarek. - Kompletnie zapomniałam, że byliśmy umówieni, Neville - jęknęła z rozpaczą. - Wybaczysz mi? Może spotkamy się po południu?
- Święta spędzam z babcią, wyjeżdżam po obiedzie.
- Nadrobimy to jak najszybciej, Neville, obiecuję. Przepraszam cię raz jeszcze... Ej! Tak wolno? - zawołała nagle, widząc, jak Harry dokonuje roszady króla i wieży. - Dlaczego mi nie mówisz o takich rzeczach?! - zwróciła się z pretensją do Rona.
- Bo nie pytałaś! - odpowiedział.
- Pierwszy raz w życiu gram w szachy...!
Przekomarzając się w ten sposób rozegrali - mniej lub bardziej prawidłowo - partię szachów, a później wspólnie zeszli na obiad. Podczas posiłku Hermiona zostawiła im jeszcze mnóstwo rad i poleceń, kazała na siebie uważać, po czym wyściskała ich mocno (chłopakom nie spodobało się to zbytnio i krzywili się, jakby ktoś kazał wypić im cytrynę) i pobiegła do powozów, które miały zabrać uczniów wracających na święta do domu do Hogsmead.
Alex wyszła tuż za nią i w Sali Wejściowej natknęła się mocno spóźnionego Wooda.
- Uciekasz bez pożegnania? - zażartowała.
- Nie śmiałbym! - odpowiedział, uśmiechając się szeroko. - Zostajecie z Harrym w Hogwarcie?
- Mhm. On nie ma ochoty wracać do wujostwa, a ja postanowiłam dotrzymać mu towarzystwa - wyjaśniła.
- Mam nadzieję, że będziecie ostro trenować w tym czasie? - Przybrał groźną minę, ale Alex wiedziała, że żartuje.
Choć, czy Wood kiedykolwiek żartował, gdy chodziło o quidditcha?
- Uważaj, żebym cię nie wygryzła ze stołka kapitana! - droczyła się z nim dalej. - Leć już, bo ci pociąg odjedzie. Wesołych świąt, Wood!
- Wesołych świąt, Lex! - odkrzyknął jej, śpiesząc już do powozu.
Uśmiechnęła się do siebie i lekkim krokiem ruszyła w stronę biblioteki, na dalsze poszukiwania Nicolasa Flamela.

***

Wszystkie dziewczyny z pierwszego roku wyjechały, spała więc w dormitorium sama. W świąteczny poranek obudziła się wcześnie i długo wpatrywała się w sufit. Wstała dopiero, gdy usłyszała podniecony głos Rona:
- Harry! Wstawaj! Prezenty!
Wybiegła z dormitorium niemal równo z bratem i prawie zderzyli się na schodach.
- Wesołych świąt, Harry!  - Uśmiechnęła się do niego.
- Wesołych świąt, Alex - odpowiedział i zeszli do Rona, który już tonął w stercie kolorowych papierów.
- Co tak stoicie? Chodźcie, dla was też są! - zawołał rudzielec, otwierając pudełko fasolek wszystkich smaków. - To od Hermiony!
Alex podeszła zaciekawiona do choinki. Faktycznie, było kilka paczuszek zaadresowanych do niej. Spodziewała się co najwyżej jednej - od Ann i Toma. Z ciekawością zaczęła je otwierać.
- To wszystko dla mnie? - Harry był nie mniej zdziwiony od niej. - Ja... ja nigdy nie dostawałem prezentów na święta. Ani na urodziny...
- Ja jedynie od moich opiekunów, jakieś drobiazgi - odpowiedziała Alex, wyciągając z pierwszego pakunku piękne strusie pióro. - Ron, nie musiałeś. Ale jest wspaniałe! - zawołała, odczytując karteczkę i natychmiast sięgnęła po atrament, by je wypróbować.
W kolejnych paczkach znalazła paczuszkę sowich smakołyków od Hagrida, dużą torbę słodyczy od Hermiony oraz nić dentystyczną od jej rodziców (Harry musiał wytłumaczyć jej i Ronowi do czego służy), bowiem nie "chcieli mieć na sumieniu stanu uzębienia moich przyjaciół", jak tłumaczyła w liście Hermiona; Ann i Tom podarowali jej książkę "Niezbędnik młodej czarownicy", a Harry sprezentował jej komplet magicznych tuszy, które tworzyły ładny zestaw z prezentem Rona. Mimo to, została jeszcze jedna paczka i Alex nie miała pomysłu od kogo może być.
- Mhm, ja wiem, od kogo to - wymamrotał Ron, zajadając się pasztecikami, które dostał od niej w prezencie. Wskazał na podobną paczkę zaadresowaną do Harry'ego. - To od mojej mamy, otwórzcie, śmiało!
Alex bardzo zaintrygowana rozerwała papier i wyciągnęła ze środka długaśny szalik w barwach Gryffindoru oraz pasujące rękawiczki i czapkę z wielkim pomponem.
- Dostałeś sweter Weasleyów! - oburzył się Ron, oglądając prezent Harry'ego. - Nie mów, że tobie też zrobiła! - Odwrócił się do Alex, która pokazała mu szalik.
- Napisała mi na liściku, że nie miała okazji mnie poznać, więc nie chciała, by sweter był w złym rozmiarze. Liczy, że przyjadę w wakacje i będzie mogła to nadrobić w przyszłym roku - wyjaśniła, podając mu liścik. Zrobiło jej się bardzo miło. Pani Weasley znała ją jedynie z opowieści swoich dzieci, a mimo to sprawiła jej taką niespodziankę. No i od razu zaprosiła na wakacje!
Obejrzała sweter Harry'ego - również w barwach Gryffindoru z dużym złotym H na piersi i pomogła chłopakom odpakować pozostałe prezenty. Harry, prócz swetra i dużego pudła czekoladowych żab od Alex, dostał również flet (od Hagrida), kolejną porcję słodyczy od Hermiony (również wzbogaconą o nić dentystyczną) i jakiś śmieszny pieniążek od wujostwa ("to śmieć, możecie go sobie wziąć" - wyjaśnił im Harry, a Ron z radością zabrał monetę, mówiąc, że jego tata z chęcią rzuci na nią okiem).
Ron dostał najwięcej prezentów od swojej licznej rodziny. Gdy już wszystko było rozpakowane, dostrzegł jeszcze jedną paczuszkę, która schowała się za choinką.
- Ej, to dla was! - zawołał, podając ją rodzeństwu. Faktycznie, zaadresowana była zarówno do Alex, jak i do Harry'ego.  - Od kogo to?
- Nie mam pojęcia. Nie mamy z Harrym zbyt wielu wspólnych znajomych - zauważyła Alex, wzruszając ramionami. - Otwórz. - Podała bratu paczkę i ciekawie zerkała mu przez ramię, gdy mocował się z grubą warstwą ozdobnego papieru.
- To... to chyba jakiś stary płaszcz - wymamrotał Harry, odpakowawszy prezent. Razem z Ronem zaczęli go oglądać ze wszystkich stron, a uwagę Alex przykuł mały kartonik, który wypadł z opakowania.
- Harry, twój ojciec pożyczył mi to, niedługo przed śmiercią. Czas, by wróciło do ciebie - przeczytała na głos tekst napisany zgrabnym, wąskim pismem. - PS. Alex, dopilnuj, by korzystał z niej mądrze. Tak, jak Lily pilnowała Jamesa przed robieniem głupst. Nie ma podpisu - dodała, gdy tylko Ron otworzył usta.
- Ty masz pilnować mnie? - zdziwił się Harry. - I myślałem, że to wspólny prezent...
- Zdaje się, że w znacznej mierze jednak należy do ciebie. Tylko... jak można niemądrze korzystać z płaszcza? - zdziwiła się. Nie było jej przykro, że list był skierowany głownie do Harry'ego. W końcu to coś, co należało do taty. To logiczne, że Harry był głównym odbiorcą.
- Może masz pilnować, żeby nie nosił go na lewą stronę? Albo do nieodpowiednich butów? - zasugerował Ron, a Alex w odpowiedzi popukała się w czoło. - Ej, właśnie! Przymierz!
- Jest na pewno za duży... - zaprotestował Harry, ale posłusznie zarzucił płaszcz na plecy i... i cały jego tułów zniknął!
Alex i Ron zachłysnęli się powietrzem.
- O co chodzi? - zdziwił się Harry, po czym spojrzał na swoje nogi i wytrzeszczył oczy, gdy ich nie zobaczył. - Co to?
- To peleryna-niewidka - wyjaśniła Alex nieomalże z nabożeństwem. - Są bardzo rzadkie.
- I bardzo drogie - mruknął Ron. - Skąd wasz tata ją miał?
- Ciekawe, z czego jest zrobiona? - zastanawiała się Alex, podchodząc bliżej i dotknęła peleryny. Była miła w dotyku, choć nieco szorstka. - Futro demimoza już dawno by straciło moc, skoro ma już przynajmniej dziesięć lat. Choć jeśli była rzadko używana... Może to zaklęcie kameleonowe...? - mamrotała do siebie, a Harry zdjął pelerynę i ostrożnie poskładał ją z powrotem.
- Kto mógł nam ją dać? - zapytał.
- Ktoś, kto dobrze znał naszych rodziców i był im bliski. Takich rzeczy nie pożycza się byle komu. Schowaj ją - poleciła Harry'emu. - Im mniej ludzi o niej wie, tym lepiej.
- Ale powiemy Hermionie? - zapytał Ron, zerkając niepewnie na Alex.
- Niech Harry decyduje, należy teraz do niego.
- Do nas - poprawił ją chłopak. - Jasne, że powiemy. Zaniosę ją na górę... Chyba, że ty ją weźmiesz?
Alex pokręciła głową. Gdy tylko wrócił, do Pokoju Wspólnego wpadli bliźniacy i pogonili ich na śniadanie.

***

Choć mieli za sobą już kilka hogwartckich uczt, kolacja wigilijna była wyjątkowa. Po pierwsze, została ich w szkole tylko garstka - Harry, Alex, Ron, bliźniacy i Percy oraz jeszcze jeden Gryfon z czwartej klasy, dwie dziewczyny i jeden chłopak z Ravenclawu, trzech Puchonów i jeden uczeń ze Slytherinu, który został w szkole tylko dlatego, że cała jego rodzina zachorowała na groszopryszczkę, schorzenie co prawda niegroźne, ale bardzo nieprzyjemne. Z tego powodu wszyscy siedzieli przy jednym stole wraz z nauczycielami, którzy postanowili święta spędzić w szkole. Był wśród nich dyrektor oraz profesorowie McGonagall, Snape i oczywiście Hagrid. Najedli się wszyscy do syta, pootwierali cukierki-niespodzianki i pośpiewali kolędy. Alex stwierdziła, że to były chyba najmilsze święta, jakie dotąd obchodziła.
- Dla mnie też. - Uśmiechnął się do niej Harry, gdy mu się do tego przyznała podczas powrotu do dormitoriów. - Może dlatego, że w końcu naprawdę rodzinne?
- Dursleyowie to też twoja rodzina. Nasza - poprawiła się natychmiast.
- Szczerze, to wolałbym o tym zapomnieć. Zdecydowanie bardziej wolę ciebie. - Nie mógł nie zauważyć szerokiego uśmiechu na twarzy Alex. - A u twoich... opiekunów? Też było niefajnie? - zainteresował się.
- Było... miło - odparła z wahaniem. - To naprawdę dobrzy ludzie, ale... Ale to nie rodzina. A Gwiazdka to rodzinne święta. Cieszę się, że możemy je spędzić razem.
I faktycznie następne dni spędzali razem, czy to w bibliotece, szukając informacji o Nicolasie Flamelu, czy to w Pokoju Wspólnym grając w szachy, eksplodującego durnia bądź gargulki, czy to na błoniach lepiąc bałwany i urządzając bitwę na śnieżki. Zorganizowali sobie nawet zawody Gryfoni, którzy mieli najsilniejszą reprezentację, kontra pozostali uczniowie. Całej tej zabawie sekundował Dumbledore, który pełnił rolę sędziego. Zawody zakończyły się remisem, a wszyscy uczestnicy zostali zaproszeni do Wielkiej Sali na rozgrzewającą herbatę z goździkami i imbirem.
Alex, prócz poszukiwań prowadzonych  wraz z Harrym i Ronem, przemierzała również bibliotekę szukając informacji na temat swoich magicznych umiejętności. Podobnie jak Hermiona, wierzyła w moc książek i nie mogła uwierzyć, że nie znajdzie tu żadnej pomocnej wskazówki. Jak do tej pory jednak nie powiodło jej się to. W końcu natrafiła na dość interesującą lekturę, która traktowała o historii różdżkarstwa. Pomyślała, że czytając o czasach, w których tworzenie magicznych różdżek było jeszcze w powijakach, pomoże jej odkryć, jak może wyglądać magia bez różdżek.
Książka była bardzo ciekawa i pochłonęła ją tak bardzo, że nie zauważyła, że Pokój Wspólny opustoszał, a kominek powoli zaczął wygasać. Z lektury wyrwało ją dopiero skrzypnięcie schodów prowadzących do dormitorium chłopców. Obejrzała się, jednak nic nie zauważyła. Skrzypnięcie powtórzyło się.
- Harry? - zapytała, zakładając książkę kawałkiem pergaminu. Nic innego nie miała pod ręką. - Harry, wiem, że tam jesteś. Zapomniałeś o skrzypiącym stopniu - dodała, wpatrując się w przestrzeń na schodach.
Dobiegło ją stamtąd westchnięcie i nieco niżej niż się spodziewała pojawiła się głowa Harry'ego.
- Skąd wiedziałaś?
- Skrzypiący stopień - powtórzyła. - Dokąd się wybierasz? - zapytała ciekawie.
- Pomyślałem, że ją wypróbuję. - Wskazał pelerynę-niewidkę. - I... szukaliśmy Flamela wszędzie, w całej bibliotece. Ale... - zawiesił głos.
- ...ale nie w Dziale Ksiąg Zakazanych. - Alex kiwnęła domyślnie głową. - To może się udać. Uważaj na siebie, dobrze?
- Jasne. - Kiwnął głową i chwilę później zniknął z zasięgu wzroku.
Alex ziewnęła sennie i nieco bez przekonania wróciła do lektury. Przeczytała ledwie kilka zdań nim zmorzył ją sen.

***

- Alex! Alex, wstawaj! Musisz coś zobaczyć!
Poderwała się gwałtownie, zrzucając książę na podłogę. Nic nie zobaczyła, ale ze stolika obok spadło pudło z szachami Rona oraz rozległ się tupot nóg na schodach do dormitorium chłopaków.
- Harry...? - mruknęła jeszcze nie do końca rozbudzona. - O co chodzi?
Minutę później na dół doczłapał zaspany Ron w piżamie i z włosami przyklepanymi na jedną stronę, cięgnięty za rękaw przez Harry'ego, któremu peleryna zsunęła się częściowo z ramion i było widać mniej więcej połowę jego ciała.
- Chodźcie, muszę wam coś koniecznie pokazać! - emocjonował się chłopak.
- Stary, jest środek nocy - ziewnął Ron.
- Filch nas złapie - zauważyła przytomnie Alex, odzyskując jasność myśli. - Nie może to poczekać do rana?
- Nie, bo zapomnę drogi. No, właźcie tutaj, zmieścimy się. - Wpuścił ich pod pelerynę i ruszyli razem przed siebie. Pilnowanie, by peleryna nie zsunęła się i nie odsłoniła czyichś kostek (co było najbardziej prawdopodobne w przypadku Rona) było bardzo męczące, więc kiedy dotarli do celu, jak stwierdził Harry, byli cali mokrzy, mimo chłodu panującego na korytarzach.
- To tutaj. - Pchnął drzwi do jakiejś nieużywanej klasy i zaprosił ich do środka. Pomieszczenie było niemalże puste, jedynym rzucającym się w oczy elementem było duże, ozdobne, stojące lustro. Harry podszedł do niego, przywołując ich gestem.
- Tu są rodzice! Patrzcie! - Stanął przed taflą i uśmiechnął się szeroko.
Alex podeszła bliżej i spojrzała w zwierciadło. Faktycznie. Za swoimi plecami ujrzała kobietę o takich samych rudych włosach i jasnych zielonych oczach, jak ona. Uśmiechała się szeroko do niej i do Harry'ego. Tuż obok niej stał chudy, ciemnowłosy mężczyzna w okrągłych okularach, opierając dłoń na ramieniu Harry'ego. On również uśmiechał się z dumą.
Ale to były tylko postaci w lustrze.
- Harry - powiedziała łagodnie Alex. - To tylko obraz. Nie są prawdziwi.
- Ale... - zaprotestował chłopak. - Widzę ich pierwszy raz w życiu. Nie tęsknisz za nimi?
- Tęsknię - odpowiedziała, jednak odsunęła się od lustra. - Ale to nic nie zmienia. Nie wiem, jak działa to lustro, ale nie zwróci ci tych straconych lat, Harry.
Ron zaintrygowany podszedł bliżej. Harry zachęcił, go wskazując mamę i tatę, rudzielec jednak pokręcił głową.
- Nic nie widzę, stary. Jestem tylko ja i... o, kurczę! Jestem najlepszy! Mam odznakę prefekta, jak Bill i Percy! I kapitana quidditcha, jak Charlie! Ale ekstra!
Alex zmarszczyła brwi. Lustro nie było niebezpieczne, ale od dziecka nauczono ją, by nie ufała przedmiotom magicznym o nieznanym działaniu. Już sam fakt, że oboje z Harrym widzieli w nim coś zupełnie innego niż Ron, był zastanawiający. Tak samo jak to, że widzą w nim ni mniej, ni więcej, a swoją rodzinę w komplecie. Marzenie, które nigdy się nie ziści.
Do jej uszu dotarła dyskusja między chłopcami na temat działania lustra, jednak żadne z nich nie doszło do żadnych sensownych wniosków.
- Lepiej stąd chodźmy, zanim Filch nas nakryje - powiedziała stanowczo.
Chłopcy niechętnie dali oderwać się od lustra i całą trójką wrócili do dormitorium. Zagrzebując się ponownie w pościeli, Alex pomyślała, że lustro to kolejna zagadka, którą skrywają mury szkoły. Czy istnieje szansa, że powie im cokolwiek o ich rodzinie?

***

Przez kolejne dni przerwy świątecznej, Harry znikał na całe godziny. Przestał nawet pomagać im w szukaniu Flamela, zresztą niewiele zostało im już ksiąg do przejrzenia. Ronowi z trudem udawało się go namówić na partię szachów, myśli chłopca cały czas krążyły wokół zwierciadła.
Oboje z Alex udawali, że nie zauważają jego dziwnej obsesji, bo Harry bardzo się denerwował, gdy tylko zwracali mu na to uwagę. W końcu zaczął wymykać się do lustra nocą, tak by żadne z nich o tym nie wiedziało.
Alex jednak nie dała się zwieść. Wiedziała, że Harry tak łatwo nie zrezygnuje.
- Wpakuje się w jakieś kłopoty - mruknęła do Rona, rozgrywając z nim partię gargulków. - Nie mówiąc o tym, że zarywa przy tym lustrze noce i chodzi cały czas niewyspany. Co będzie, gdy zaczną się lekcje? To już za dwa dni!
- E, tam, przejdzie mu - zbagatelizował sprawę Ron. - Ha! Punkt dla mnie!
- Porozmawiam z nim - zadecydowała nagle Alex. - I tak przegrałam... Wiesz gdzie jest?
- Nie, w dormitorium go nie ma, na bank. - Pokręcił głową Ron. - Dziwne, późno już...
- Spokojnie, chyba wiem, gdzie go szukać - westchnęła Alex.
Nie trafiła od razu, była w tej komnacie tylko raz w życiu. Zresztą nie było łatwo unikać duchów, a w szczególności Irytka, nie mając na sobie peleryny-niewidki, którą Harry wziął ze sobą. Nie miała ochoty na spotkanie z Filchem, bo zbliżała się pora ciszy nocnej, a raz omal nie wpadła na Panią Norris, która według niektórych uczniów szpiegowała dla woźnego i o wszystkim mu donosiła.
W końcu jednak znalazła właściwe drzwi i wsunęła się cicho do pomieszczenia. Tak, jak się spodziewała, Harry siedział po turecku przed lustrem i wpatrywał się w swoje odbicie z lekkim uśmiechem, a peleryna-niewidka leżała porzucona nieopodal na podłodze. Podeszła do niego cicho i usiadła obok, podkulając pod siebie stopy.
- Do piątego roku życia mieszkałam z Eleen i Timem, najlepszymi przyjaciółmi naszej mamy z czasów szkolnych - powiedziała, wpatrując się w uśmiechniętą kobietę, gdy Harry obrócił się w jej stronę. - Na kominku stały jej zdjęcia z przyjaciółmi, ślubne zdjęcie rodziców, nawet jedno, na którym trzymają nas oboje na rękach. Niewiele więcej pamiętam. Eleen na pewno coś mi o nich opowiadała, jestem przekonana, ale byłam tak mała, że pozostały z tego tylko skrawki wspomnień. Ale to mi wystarcza, by wiedzieć, że nie powinnam rozpamiętywać przeszłości. Też chciałabym, żeby żyli i byli tutaj z nami. - Wskazała lustro, ze smutnym uśmiechem.
- Ja nic o nich nie wiem, Alex. Dursleyowie powiedzieli mi, że zginęli w wypadku samochodowym! Teraz przynajmniej wiem, jak wyglądali... - Obrócił się z powrotem w kierunku lustra.
Alex westchnęła.
- To lustro nie da ci odpowiedzi, Harry. Mogę ci opowiedzieć, to co wiem, jeśli zechcesz. Teraz ja jestem twoją rodziną, Harry. I to musi ci wystarczyć - zakończyła cicho.
Harry odwrócił się z powrotem do niej i nagle szeroko otworzył oczy, dostrzegając postać za jej plecami.
- Twoja siostra ma rację, Harry. - Alex zerwała się z miejsca, słysząc spokojny głos dyrektora. - To lustro nie da ci odpowiedzi. Domyślasz się, jak działa?
- Pokazuje to... czego pragniemy - odpowiedział z wahaniem chłopak.
- A dokładnie najskrytsze pragnienie naszego serca. Ty i Alex widzicie swoją rodzinę w komplecie, choć jej pragnienie chyba zostało już częściowo spełnione. - Spojrzenie niebieskich oczu przeniknęło Alex na wskroś. - Natomiast pan Wesaley, tkwiący wciąż w cieniu swojego utalentowanego rodzeństwa, widział siebie jako najlepszego pośród nich, prawda? Jednak myślę, że i on dokona wielkich rzeczy, ale nie mówcie mu o tym, dobrze? - Dyrektor zmrużył oko.
- Skąd pan to wie, profesorze? - zapytała Alex.
- Wychowałem zbyt wiele pokoleń uczniów, by nie rozpoznać mężnego serca, Alex.
- Chodziło mi o to, skąd pan profesor wiedział, co Ron zobaczył w lustrze - uściśliła dziewczynka, a dyrektor podszedł kilka kroków, podnosząc z ziemi pelerynę-niewidkę.
- Ta peleryna to potężny artefakt, kochani - zauważył, oddając ją Alex. - Ale nie jest jedynym sposobem, by stać się niewidocznym.
- Zaklęcie kameleonowe! - zawołała, gdy rozjaśniło się jej w głowie. - Zaraz, to prezent od pana? - domyśliła się chwilę później, ściskając pelerynę.
- Ja jestem tylko posłańcem. Ta peleryna przechodziła w waszej rodzinie z ojca na syna od wielu wieków. Czuję się zaszczycony, że wasz ojciec pożyczył mi jej, gdy tak bardzo jej potrzebowałem, jednak należy do was.
- Do Harry'ego - zauważyła Alex.
- Do was - potwierdził z naciskiem Dumbledore. - Jestem pewien, że by tego chcieli. A teraz, Harry - zwrócił się do niego z poważną miną - chciałbym, żebyś wrócił do łóżka i nigdy więcej nie szukał tego zwierciadła. Jeszcze dziś zostanie przeniesione w inny zakątek zamku. Skorzystaj z rady siostry i nie rozpamiętuj przeszłości. Nie zmienisz jej.
Harry kiwnął głową i podszedł do Alex, która rozwinęła pelerynę i zarzuciła im obojgu na ramiona.
- A co pan widzi w lustrze, profesorze? - zapytała ciekawie, gdy już mieli odejść.
- Siebie trzymającego parę nowych skarpet - odparł Dumbledore z uśmiechem, było w nim jednak coś smutnego. - Ludzie na święta zawsze dają mi mądre książki, a mnie zawsze brakuje skarpetek. Nigdy dość ciepłych skarpet, kochani.
- Dobranoc, profesorze - odpowiedziała Alex i narzuciła pelerynę na głowę. W milczeniu dotarli z Harrym do Pokoju Wspólnego, budząc po drodze Grubą Damę, która nie była z tego powodu zadowolona.
- To chyba nie były jednak skarpetki - zauważyła Alex, gdy zdjęli z siebie pelerynę-niewidkę. - Choć właściwie, czego mógłby pragnąć ktoś taki, jak Dumbledore? Ma chyba wszystko!
- Wiesz, to było dość osobiste pytanie - zauważył Harry. - Miał prawo się nie przyznać... Alex?
- No?
- Dlaczego tak krótko byłaś u nich? U tych znajomych mamy? - zapytał nieśmiało.
- Nie wiem... Chodziło chyba o to, że rodzice Tima zachorowali i wyjechali się nimi zająć, a ja musiałam zostać w Anglii. - Zamyślona usiadała na kanapie, a Harry dosiadł się do niej. - Mam wrażenie, że kiedy byłam u nich, nie bardzo mogli wychodzić z domu... Dumbledore chyba rzucił jakieś zaklęcie, żeby mnie chronić, a gdy wyjechali, ono zostało zerwane. - Zmarszczyła brwi, wyciągając z głowy strzępy wspomnień. - Potem, gdy zamieszkałam z Ann i Tomem, już nie było to potrzebne chyba. W każdym razie, Ravenowie są teraz w Australii, a ja od sześciu lat nie miałam z nimi kontaktu. Te zdjęcia, o których ci mówiłam... nie wiem, gdzie są.  Przykro mi, Harry.
- Może gdyby udało się zdobyć ich adres... - zamyślił się Harry.
Alex pacnęła się w czoło.
- Ciągle zapominam, że ty nie ogarniasz świata czarodziei! - wykrzyknęła, sięgając po pergamin i pióro ze stolika. Należało chyba do Percy'ego, ale to nie było teraz istotne. - Przecież nie potrzebujemy adresu! Sowa ich znajdzie!
Szybko skreśliła kilka zdań do Eleen i Tima. Nie bardzo wiedziała co napisać do ludzi, któych ostatni raz widziała będąc małym dzieckiem, ale w końcu zdecydowała się na bardzo treściwą formę.
Drodzy Eleen i Timie,
mam nadzieję, że jeszcze mnie pamiętacie. Ja Was tak. Parę miesięcy temu poznałam swojego brata, Harry'ego i zastanawiam się, czy moglibyście choć odrobinę przybliżyć nam postaci naszych rodziców. Jesteście jedynymi znanymi mi osobami, które ich dobrze znały. Mam nadzieję, że macie się dobrze.
Pozdrawiamy z Hogwartu, 
Alex i Harry Potter
Włożyła list do koperty i zaadresowała do Ravenów, dla pewności dopisując "Australia".
- Nie możemy wysłać Hedwigi, to sowa śnieżna, źle zniesie ciepły klimat - westchnęła. - Ale Sandy powinna dać sobie radę.
- To długa podróż. Gdybyś w tym czasie potrzebowała sowy, Hedwiga jest do twojej dyspozycji.
- Dzięki, Harry. - Uśmiechnęła się.
Siedzieli w Pokoju Wspólnym niemal do samego rana, opowiadając sobie wzajemnie historie z dzieciństwa i odkrywając nawzajem łączące ich cechy.
Te opowieści były najlepszym prezentem świątecznym, jaki mogli sobie nawzajem dać.
__________
Nadciągam z dalszą częścią historii. Czytajcie, radujcie się i komentujcie!

piątek, 15 czerwca 2018

9. Mecz

Od czasu incydentu z trollem Harry i Alex bardzo się zbliżyli. Nawet Ron przestał kręcić nosem na jej "niesamowicie irytującą obecność". Co więcej, nie uzgadniając tego ze sobą, do swojej tworzącej się powoli paczki dołączyli Hermionę, która po bliższym poznaniu okazała się naprawdę sympatyczna. Wspólne pokonanie górskiego trolla bez wątpienia stało się początkiem wspaniałej przyjaźni.
- Snape utyka - zwróciła im uwagę Hermiona na początku listopada. - Od Halloween, zauważyliście?
- Coś go ugryzło w nogę - dodał Harry. - Widziałem, gdy wpadł do tej łazienki. Od razu się zasłonił, ale zdążyłem dostrzec ranę.
- Co go mogło ugryźć w zamku? - zdziwiła się Alex, a pozostała trójka wymieniła znaczące spojrzenia. - No co? O co wam chodzi?
Pochylili się bardziej nad stolikiem przy kominku. W Pokoju Wspólnym nie było zbyt wiele osób, jednak woleli zachować ostrożność.
- Coś, co pilnuje klapy na trzecim piętrze - przypomniał jej Harry. - Nie widziałaś tego psa, cud, że Snape ma jeszcze nogę.
- Myślicie, że próbował się tam włamać? Po co? - Zmarszczyła brwi. 
- Może po to, co jest tam ukryte? Sama wspominałaś, że być może to tam jest to, co Hagrid wyjął z Gringotta - zauważył Harry.
- A jeśli próbował wcześniej? - odezwała się Hermiona. - Mówicie, że było włamanie do skrytki w banku. Właśnie do tej, z której Hagrid to zabrał. - Spojrzała na nich, czekając aż skojarzą fakty.
- Snape... Snape miałby się włamać do Gringotta? - spytała Alex z niedowierzaniem. - To bez sensu!
- Jest zły. Pasuje to do niego - prychnął Ron. - Znęca się nad Harrym!
- To świadczy o nim źle jako o nauczycielu. Ale kradzież...? - mruknęła Alex. Coś było nie tak z nauczycielem eliksirów. Ale dziewczyna nie potrafiła wyobrazić go sobie w roli złodzieja. - Istnieje wiele innych wyjaśnień. Jedno jest pewne - musimy odkryć, czym jest to coś, czego pilnuje pies. Może to nieco rozjaśni nam w głowach. Musimy...
- My się tym zajmiemy - przerwał jej Ron, wskazując siebie i Hermionę. - Wy macie co innego na głowie. - Gdy oboje Potterowie spojrzeli na niego ze zdumieniem, wywrócił oczami. - Z kim ja żyję? Macie mecz w przyszłym tygodniu! Skupcie się na rozsmarowaniu Ślizgonów po boisku, to może Snape'owi odechce się myszkowania.
Jakby na potwierdzenie słów Rona, chwilę później do Pokoju Wspólnego wpadł Wood i gorączkowo pogonił ich na trening. Słowa protestu dotyczące padającej śniegopodobnej brei, spłynęły po nim jak po kaczce.

***

Mimo najszczerszych chęci Alex nie potrafiła się na niczym skupić w stu procentach. Skutkowało to kilkoma chybionymi podaniami na treningu, przynajmniej do czasu, gdy nie upomniał jej Wood oraz dziwnym rozkojarzeniem na lekcjach, przez co na zielarstwie posadziła żółte grzyby bąblowcowe tuż obok niebieskich, co spowodowało powstanie grzybów zielonych, których okropny zapach na dłuższą chwilę wygonił wszystkich ze szklarni.
- Potter, co się z tobą dzieje? - dopytywała profesor Sprout, zaklęciem neutralizując zapach i usuwając śmierdzące grzyby. - Przecież mówiłam ostatnio, żeby nie łączyć tych dwóch odmian w jednej doniczce! Minus pięć punktów dla Gryffindoru.
Tę ostatnią stratę dziewczyna odrobiła z nawiązką na transmutacji, jej myśli jednak nadal błądziły wokół innego tematu.
Od Nocy Duchów milion razy odtwarzała w myślach wszystko, co zrobiła od pójścia na ucztę, aż po spotkanie z trollem w łazience. Czy to możliwe, że jednak wzięła ze sobą różdżkę i nieświadomie odłożyła ją zaraz po powrocie na miejsce? Przecież tyle się działo, mogła nie zauważyć takiego szczegółu... Im dłużej jednak o tym myślała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że nie miała przy sobie różdżki. Jak więc rzuciła zaklęcie?
Przez moment rozważała możliwość, że zaklęcie, które uratowało Harry'ego, rzucił ktoś inny. Sam na siebie nie mógł rzucić tego zaklęcia, a wyraźnie słyszała inkantację. Jego różdżka zresztą tkwiła wówczas w nosie trolla...
Ron? Ron stał z drugiej strony. Jego zaklęcie posłałoby Harry'ego w stronę Alex i Hermiony, więc i ten trop był błędny. Odpowiednią pozycję do rzucenia zaklęcia miała Hermiona, ale jej różdżka utknęła pod gruzami toalety i odzyskała ją dopiero następnego dnia.
I to do Alex Harry zwrócił się potem z podziękowaniami. To wszystko nie pozostawiało wątpliwości, że zaklęcie zostało rzucone przez nią. Tylko w jaki sposób, skoro jej różdżka przez cały ten czas spoczywała na jej nocnej szafce?
- Hermiono - zagadnęła koleżankę po zajęciach kilka dni po starciu z trollem - czy podczas naszej... przygody w łazience zauważyłaś coś... nietypowego? - zapytała ostrożnie.
- Prócz ogromnego górskiego trolla demolującego kabiny i umywalki? Albo Rona po raz pierwszy rzucającego poprawnie zaklęcie lewitujące? Nie. - Pokręciła głową. - I myślę, że już niewiele będzie w stanie mnie zdziwić.
- A coś... dotyczącego mnie? - zniżyła głos do szeptu, a Hermiona spojrzała na nią zaskoczona.
- Nie sądziłam, że znasz zaklęcie odsyłające. Zaczniemy je dopiero za dwa tygodnie. Ja sama nie wpadłabym na to, by go użyć. A dlaczego pytasz? - spytała podejrzliwie.
- Nie, nic... tak po prostu. Nie rzucałam go wcześniej, nie sądziłam, że mi wyjdzie. Dzięki, do zobaczenia później. Muszę jeszcze coś sprawdzić w bibliotece. - Pomachała jej na pożegnanie, a Hermiona pokręciła głową.
- Znowu? - mruknęła do siebie. - Ona nie długo stanie się pod tym względem gorsza ode mnie!

***

Książki niewiele pomogły. Jedyne informacje dotyczące rzucania czarów bez użycia różdżek znalazła w książce pod tytułem "Magia nieletnich - jak poskromić moce swojego szkraba, nim pojedzie do Hogwartu" i opowiadała o domowych sposobach radzenia sobie z potłuczonymi talerzami oraz podobnego typu drobnymi incydentami spowodowanych dziecięcą magią.
Po przejrzeniu całego stosu podobnej literatury dała sobie spokój, stwierdzając, że jedynie empirycznie jest w stanie się dowiedzieć, co właściwie wydarzyło się w łazience.
Nie wykorzystała tym razem żadnej z sal, bo już parę razy w nauce zaklęć przeszkodził jej Irytek, a nie chciała, by później pół szkoły wiedziało o jej dziwnych próbach. Ubrała się więc ciepło i znalazła na błoniach ustronny zakątek, osłoniony przed ciekawskimi spojrzeniami. Wykorzystała też zaklęcie znalezione przez Hermionę, dzięki któremu wyczarowała kilka grzejących miło płomyków.
- No dobra - mruknęła do siebie, odkładając na bok różdżkę. - Myśl, Potter. Jak to zrobiłaś?
Postanowiła zacząć od prostego zaklęcia. Najpierw pomyślała o Lumos, ale jak miała zapalić koniec różdżki, nie korzystając z niej? Rozejrzała się w poszukiwaniu natchnienia i zauważyła średnich rozmiarów kamień, leżący nad brzegiem jeziora. Wpatrując się w niego intensywnie, rzuciła:
- Wingardium Leviosa!
Nic się nie stało. Po chwili uświadomiła sobie, że przejęta sytuacją powieliła błąd Rona, zupełnie wypaczając sposób intonacji.
- Wingardium Leviosa! - powtórzyła, świdrując kamień wzrokiem. Ponownie nie zauważyła żadnej reakcji. Podeszła krok bliżej i powtórzyła zaklęcie. Gdy nic się nie wydarzyło, przymknęła oczy i raz jeszcze odtworzyła w pamięci spotkanie z trollem. Czy zrobiła coś szczególnego?
Wciąż nie otwierając zaciśniętych mocno powiek, wyobraziła sobie trolla chwiejącego się na piętach i przypomniała sobie, jak bardzo bała się wtedy o Harry'ego. Wyciągnęła przed siebie rękę i mruknęła:
- Depulso.
Otworzyła oczy, słysząc głośny plusk. Chwilę rozglądała się za kamieniem, nim zrozumiała, co się stało. Gdy podeszła bliżej, zobaczyła go przez warstwę krystalicznie czystej wody na dnie kilka metrów od brzegu. Zastanowiła się głęboko, po czym raz jeszcze wyciągnęła rękę przed siebie.
- Wingardium Leviosa - powtórzyła po raz kolejny, a kamień drgnął. Skupiła się bardziej, wypowiedziała zaklęcie i w końcu osiągnęła sukces. Kamień poddał się jej woli i uniósł nad powierzchnię wody, lecz gdy tylko zmienił środowisko, Alex straciła nad nim kontrolę i opadł z powrotem na dno.
- No tak, Flitwick wspominał, że trzeba uważać przy zmianie stanu skupienia środowiska - przypomniała sobie. A więc zasady rzucania czarów były takie same...
Z chęcią próbowałaby dalej, ale była już nieco spóźniona na trening. Nie chcąc nadwyrężać cierpliwości Wooda, z żalem podniosła różdżkę i pobiegła w kierunku boiska.

***

- Mam coś dla ciebie. - Dosiadła się do Harry'ego, przeglądającego podręcznik do historii magii na dziedzińcu i uśmiechnęła się szeroko, wyciągając z torby niewielką książkę.
- "Quidditch przez wieki"? Ron wspominał mi, że powinienem ją przeczytać, dzięki! - Z wdzięcznością wziął od niej prezent. - Z jakiej to okazji?
- Bez powodu, jesteś moim bratem. - Wzruszyła ramionami. - No i musimy się przygotować do meczu, to już za parę dni. Spójrz. - Sięgnęła raz jeszcze do torby. - Dla siebie kupiłam jeszcze "1001 zwodów i trików, które musisz znać, by dobrze grać w quidditcha". Jest w niej dużo technicznego słownictwa, ale Wood mi ją polecił. Często z niej korzysta, gdy wymyśla strategię na mecze. Możemy się potem wymienić.
- Jesteś cudowna! - autentycznie ucieszył się Harry i niemal od razu zanurzył się w lekturze, zapominając o lekcjach, o czym boleśnie przypomniała mu Hermiona, dołączając do nich kilka minut później wraz z Ronem.
Dziewczyna rozpaliła swoje popisowe płomyki i pobieżnie przejrzała przyniesione przez Alex książki, nim zasugerowała chłopakom powrót do nauki, bo test semestralny zbliżał się coraz większymi krokami.
- Nie mogę doczekać się meczu - westchnął Ron. - Potem będziesz nas tym zadręczać, Hermiono, teraz Harry musi się skupić. Alex zresztą też.
- Ale Alex ma dobre oceny! A wy jedziecie na samych Nędznych! A przecież stać was na więcej, wiem to. - Założyła ręce na piersi. - Prawda, Alex?
- Prawda - odpowiedziała, odkładając książkę, a chwilę później nad ich głowami stanął profesor Snape.
- Potter, nie wolno wynosić książek z biblioteki poza teren szkoły. Minus pięć punktów dla Gryffindoru. I konfiskuję książkę. - Zabrał Harry'emu podręcznik do quidditcha, nim ten zdążył zaprotestować i zniknął tak szybko, jak się pojawił. Na drugi, leżący na ławce koło Alex, nawet nie zwrócił uwagi.
- Wymyślił tę zasadę w tym momencie! - pieklił się Ron. - Nie znoszę go!
- Nie wiem, czy taka zasada nie obowiązuje jednak naprawdę... - zamyśliła się Hermiona. - Muszę to sprawdzić, ale to i tak nie w porządku. Powinien ukarać w takim razie nas wszystkich. - Wskazała książkę Alex oraz trzymany w objęciach "Krótki wstęp do numerologii".
- Nie mówiąc o tym, że to nie są książki z biblioteki - stwierdziła kwaśno Alex. - Kupiłam je kilka dni temu. Sandy właśnie mi je przyniosła - wyjaśniła. - Nie możesz tak tego zostawić, Harry. Idź do niego, to przecież twoja własność!
- Masz rację - zgodził się z nią brat, bardzo zdecydowany. - Nie mogę mu pozwalać tak się traktować. Idę! - Ruszył śmiało za nauczycielem.
- I upomnij się o te punkty! - krzyknęła za nim Hermiona. - No co? - zdziwiła się, widząc zdegustowany wzrok Rona. - Zdarzało się, że jeden z domów przegrywał Puchar z mniejszą stratą!
- Będzie dobrze, jeżeli uda mu się odzyskać książkę - mruknęła Alex i wróciła do lektury, ignorując Rona i Hermionę, którzy wdali się w krótką sprzeczkę.
Harry wrócił po kilku minutach wyraźnie zły.
- Nic z tego. I chyba znowu próbował dostać się do klapy. Tym razem capnął go w drugą nogę, wyglądało na świeże.
- Widocznie przyszedł na dziedziniec tylko dla zmylenia uwagi - domyśliła się Hermiona. - To po drodze, a nikogo nie zdziwi fakt, że przyszedł tylko po to, by wlepić Harry'emu kilka ujemnych punktów.
- Co nie zmienia faktu, że zabrał mu prezent ode mnie - odpowiedziała rozeźlona Alex. - Ja pójdę. Mnie lubi.
- Ale...
Nie słuchała, co mówią. Ruszyła wprost do królestwa Snape'a i tak, jak się spodziewała, złapała go szukającego czegoś w szkolnym składziku.
- Przepraszam, że przeszkadzam, panie profesorze - zaczęła grzecznie.  Snape wyszedł do niej i jakby mimochodem zasłonił stół z kilkoma buteleczkami, w których Alex już chwilę wcześniej rozpoznała składniki eliksiru ułatwiającego gojenie się ran.
- Czego chcesz, Potter?
- Książki Harry'ego. Nie jest z biblioteki - dodała szybko, nim nauczyciel zdążył zaprotestować. - Kupiłam mu ją w prezencie. Mogę pokazać panu rachunek, jeżeli mi pan nie wierzy. 
- Z jakiej to okazji, Potter? Do świąt jeszcze daleko - sarknął Snape, wyciągając zza pazuchy książkę, nie oddał jej jednak od razu.
- Bez powodu. - Wzruszyła ramionami. - Przez dziesięć lat nie dostawał ode mnie prezentów świątecznych. Ani urodzinowych. Nie było mnie przy nim. Chcę jakoś nadrobić te stracone lata - wyjaśniła cicho, nawet nie wiedząc, dlaczego zdradza to nauczycielowi.
- Jesteś pewna, że były stracone, Potter? - spytał Snape, dziwnie łagodnie. - Nie próbuj się wkupywać w czyjeś łaski prezentami, nie warto.
- Nie muszę, panie profesorze. Czy... skoro regulamin nie został złamany, to czy jest szansa na odzyskanie punktów? - zapytała jeszcze nieśmiało, bojąc się nadwyrężyć cierpliwość nauczyciela, który o dziwo, był dziś dla niej niemal miły.
-  Nie przeciągaj struny, Potter. Bierz książkę i znikaj, zanim się rozmyślę. - Wygonił ją gestem z lochów.
Jednak gdy szła przez hol na spotkanie przyjaciół, by powiedzieć im o warzonym przez Snape'a eliksirze i by oddać Harry'emu książkę, zauważyła, że ilość rubinów w klepsydrze Gryffindoru wróciła do poprzedniego stanu.

***

W końcu nadszedł ten wielki dzień. Alex szybko opanowała pewną nerwowość, która wkradła się do jej ruchów podczas porannej toalety (trzy razy upuściła mydło i raz szczoteczkę do zębów, nim udało jej się umyć) i zeszła na śniadanie. Tym razem usiadła z drużyną, która była niemal w komplecie.
- Gdzie Harry? - zdziwiła się, pewna, że brat już dawno zszedł na dół.
- Ron próbuje wykopać go z łóżka - wyjaśnił George, pojawiając się obok nich.
- Chyba dopadł go stresik - dodał Fred, siadając obok niej. - A ty? Jak się trzymasz? 
- Przygotowana i zdeterminowana, by skopać tyłki Ślizgonom - zapewniła ich z mocą.
- I taką postawę to rozumiem! - ucieszył się Wood. - O, Harry idzie. Tutaj, Potter! - zawołał go.
Pogrążyła się z Angeliną w cichej dyskusji na temat Markusa Flinta - ścigającego Slytherinu oraz ich kapitana, kątem oka obserwując Harry'ego, który był dziwnie blady.
- Gra naprawdę nieczysto, musisz na niego uważać, zwłaszcza, że Hooch nie zawsze zauważa jego faule i nie odgwizduje rzutów karnych - zakończyła dłuższy wywód starsza koleżanka i również zerknęła na drugie z Potterów. - On ma zamiar coś zjeść, czy będzie tylko tak siedział?
- Harry, musisz zjeść chociaż jedną kanapkę! - zawołała Katie, podsuwając mu talerz pod nos. - Musisz mieć dużo siły!
- Nie mogę... coś mnie ściska w żołądku. Chyba... Ja chyba nie dam rady - wyjąkał chłopak.
- Nie gadaj bzdur - oburzyła się Alex. - No już, wcinaj. Pokonaliśmy razem górskiego trolla, a nie dasz rady szukającemu Ślizgonów? Spójrz na niego. - Wskazała stół na drugim końcu sali. - Nie jest nawet w połowie tak paskudny, choć się stara.
Udało jej się go nieco rozśmieszyć. Namówiła go do zjedzenia kilku łyżek owsianki i wypicia kubka kakao. Nieco spokojniejsi ruszyli wkrótce do szatni, odprowadzani wiwatami Gryfonów. Ron i Hermiona odprowadzili ich niemal do samego brzegu boiska, zapewniając, że będą trzymać za nich kciuki i głośno kibicować.
Alex przebrała się szybko i wraz z dziewczynami dołączyła do chłopaków, gdzie Wood szykował swoją przemowę.
- To jest właśnie to - zaczął uroczyście.
- Coś, na co wszyscy czekaliśmy - wtrącił się Fred.
- Ten dzień należy do nas - dodał George.
- Dziś wstępujemy na naszą drogę chwały - zakończyli wspólnie pod groźnym wzrokiem Wooda. - Znamy to przemówienie na pamięć, Wood! Wyluzuj, jak z nimi skończymy, to nie będzie co zbierać.
Kapitan tylko westchnął i machnął ręką.
- Wiecie co robić, dajcie im popalić - rzucił tylko i gestem wygonił ich z szatni. Na sekundę jednak wstrzymał jeszcze Alex.
- No? - spytała z niecierpliwością. Zdążyło się jej udzielić podniecenie reszty drużyny. Gwar głosów dochodzący z boiska tylko to odczucie podsycał.
- Uważaj na siebie, Alex. Będzie ostro. Dużo ostrzej niż na treningach. A ty będziesz w samym centrum tego bałaganu. - Wyglądał na naprawdę zatroskanego.
- Na to liczę. Po to tu jestem - żeby narobić zamieszania. Poradzę sobie, nie martw się. - Poklepała go po ramieniu.
- Tak jak z trollem? - zapytał cicho, lustrując ją wzrokiem. Chyba miał jej nieco za złe, że go wtedy okłamała.
- To była wyjątkowa sytuacja. Nie musisz się mną opiekować, Wood. Ja już mam starszego brata. - Mrugnęła do niego i ruszyła za resztą drużyny.
Wszystko, co wydarzyło się do momentu pierwszego gwizdka, pamiętała jak przez mgłę. Zresztą, gdy rozbrzmiał, wszystko straciło znaczenie.
- I proszę państwa, oto co znaczy mieć dobre wejście! - krzyczał Lee Jordan, przyjaciel bliźniaków, który zasiadał na stanowisku komentatora. - Alex Potter, nowy nabytek Wooda, korzystając ze swoich drobnych rozmiarów, przemyka pod ramieniem Flinta i na dobry początek meczu przejmuje kafla. Pierwsza akcja młodej Potterówny i już tyle emocji!
Zamarkowała podanie do Angeliny, przerzucając jednocześnie kafel pod miotłą do drugiej ręki. Sapiący wściekle kapitan Ślizgonów ruszył za drugą ścigającą, a Alex pośpiesznie ruszyła na przeciwną stronę boiska udając, że przygotowuje się do przejęcia kafla z powrotem. Dwaj pozostali ścigający Ślizgonów zablokowali ją, by uniemożliwić Angelinie podanie, ta więc wykonała ruch, jakby chciała się cofnąć do Katie Bell, ściągając na siebie uwagę przeciwnej drużyny, a Alex pomknęła w stronę bramek Slytherinu. Kątem oka dostrzegła Freda, który kiwnął głową. Ruszyła w kierunku lewej bramki, ściągając do niej Bletchleya, gdy usłyszała za sobą świst tłuczka, skręciła gwałtownie i przerzuciła kafla przez prawą obręcz, podczas gdy obrońca nawet tego nie zauważył, uchylając się w tym czasie przed agresywną piłką.
- Tak! Zrobiła to! Kiedy Potter odzyskała kafla? Wyciągnęła go z powietrza? Dziesięć do zera dla Gryffindoru! - emocjonował się Lee, a Fred podleciał do Alex, by przybić jej piątkę.
- Uchyliłaś się w ostatniej chwili - mruknął. - Już się bałem, że zapomniałaś, co robić.
- Kpisz? Ćwiczyliśmy to całe dwa tygodnie! - oburzyła się.
- Wyszło fenomenalnie. Gdybym nie wiedział, to byłbym pewien, że pozbyłaś się tego kafla na samym początku. Ale poczekajmy z powtórką kilka minut, żeby się nie zorientowali - przypomniał jej jeszcze, wracając na swoją pozycję, gdy pani Hooch wznowiła grę od bramki Ślizgonów. 
Bletchley podał do Pucey'a, ten zygzakami ruszył szybko na połowę Gryfonów, w połowie drogi nieznacznie upuszczając ją do lecącego poniżej niego Flinta. Piłka jednak znowu do niego nie dotarła, gdy tuż przed nosem przeleciał mu Nimbus 2000, nieomalże drapiąc go witkami po czole.
- Znowu to zrobiła! Ta dziewczyna jest fenomenalna, to się nazywa gra na krawędzi! Patrzcie uważnie na jej ręce! - wołał Lee, podczas gdy Alex, korzystając z możliwości swojej miotły, szybko wróciła na połowę Ślizgonów, lecąc nisko nad trawą. Zygzakiem ominęła dwa posłane w jej stronę tłuczki i otwarcie podała do lecącej bezpośrednio nad nią Angeliny, gdy tylko George odstraszył siedzącego jej na ogonie Montague'a celnie posłanym tłuczkiem. 
- Johnson ma kafla, choć kto wie, czy to nie kolejna zmyłka, podaje do Bell, Bell pędzi prosto na bramki, Pucey ją blokuje, podaje do tyłu, piłkę przejmuje Flint... Och, prawie dostał tłuczkiem! A było tak blisko!
- Jordan! - upomniała go McGonagall. - Miałeś być obiektywny!
- Flint ponownie nabiera rozpędu, chce podać do Montague'a, ale blokuje go Bell... Auć, to musiało boleć! Ścigająca Gryfonów na chwilę wypada z gry po spotkaniu z tłuczkiem. Flint podaje do Montague'a bez prze-... a jednak! Potter wyrosła przed nim jak spod ziemi i kafel dosłownie wypadł mu z ręki. Kilka metrów niżej zgarnia go Johnson i pędzi na Bletchley'a. Wszyscy zawodnicy zielonych są na połowie Gryfonów, obrona mocno zaniedbana, panie Flint! Johnson sam na sam z obrońcą i... Tak! Gooool do Gryfonów!!!
Angelina pokazała Alex uniesiony w górę kciuk. Ktoś mógłby pomyśleć, że to wyraz podziękowania za udaną akcję, ale dla niej to był znak. Mimochodem ustawiła się blisko Wooda, przy okazji szukając wzrokiem Harry'ego. Razem z Higgsem krążył wysoko, wypatrując znicza.
- To aż zastanawiające, że znicz się jeszcze nie pokazał. - Lee jakby czytał jej w myślach. - Druga, bardziej sławna połowa rodzeństwa Potterów na razie nie ma wiele do roboty. Choć jak tak dalej pójdzie, to kto wie, kto tu będzie bardziej sławny...
- Jordan! Gra jest wznowiona od jakichś dwóch minut - obsztorcowała go McGonagall.
- Się robi, pani profesor. Flint i Pucey blokują Angelinę, musi się cofnąć. Bell poza zasięgiem, nie ma jak podać. Gryfoni oddają pola.
Alex spokojnie krążyła niemal na linii bramek. Angelina spróbowała, jakby beznadziejnie, podać piłkę do Katie, którą natychmiast przejął Pucey i ruszył agresywnie w stronę bramek pilnowanych przez Wooda. Alex obniżyła lot, a na trybunach wybuchło jakieś zamieszanie. Dziewczyna poświęciła mu jedynie ćwierć sekundy, by przekonać się, że Harry ruszył w swoją pierwszą prawdziwą pogoń za zniczem. Ścigającego Ślizgonów w ogóle to nie obeszło, pędził na ich bramki co sił w miotle. Wyprysnęła mu tuż przed nosem, zmuszając go do poderwania miotły w górę i odsłonięcia się, a Katie pojawiła się nie wiadomo skąd i przejęła kafla. Ślizgon zaklął szpetnie i pognał za nią, jednak Alex skutecznie go blokowała. Sprawnie posłany przez Freda tłuczek umożliwił Katie podanie kafla do Angeliny i gdy byli krok od zdobycia punktu, pani Hooch odgwizdała faul, przerywając tę widowiskową akcję.
- Co do...? - zirytowała się Alex, gdy nagle zorientowała się, że to dla nich nauczycielka dyktuje rzut karny.
- Flint sfaulował Harry'ego, bo był o krok od złapania znicza - wyjaśniła jej przelotnie Angelina, podczas gdy McGonagall wykłócała się z Jordanem o poprawność językową oraz bezstronność podczas komentowania. - Masz, wyżyj się - dodała, podając jej kafla, a Wood ze swojej pozycji kiwnął głową, pozwalając, by Potter wykonała rzut karny.
- Potter otrzymuje kafla, chyba chce się zemścić za ten oburzający faul... Dobrze, pani profesor, ograniczę osobiste wycieczki. W każdym razie zobaczymy, czy na chłodno też da popalić Ślizgonom. Chyba celuje w lewą bramkę, rzuca... Na brodę Merlina, jakim cudem on to obronił!? - wykrzykiwał zawiedziony Lee, gdy mocno podkręcona piłka została wybita przez obrońcę koniuszkami palców tuż przed prawą obręczą.
- Nie przejmuj się - szepnęła jej Angelina. - Jest dobry. Nieco za szybko spojrzałaś na prawo, zorientował się o ułamek sekundy za wcześnie.
- Nadal dwadzieścia do zera dla Gryffindoru. Grę wznawia Bletchley, piłkę przejmuje Flint, agresywnie do przodu, odpycha Potter, która trzyma się za brzuch... Czy profesor Hooch nie zauważyła tego faulu? Autentycznie rąbnął ją w żołądek! Drogę zagradza mu Angelina, ale... Auć, Weasley, nie mam pojęcia który, nie dał rady uchronić jej przed tłuczkiem. Flint ma czystą pozycję do strzału i... niestety trafia. Dziesięć punktów dla Slytherinu - zakończył z niechęcią Lee. 
Wood przed wybiciem piłki, poklepał ją trzy razy, Alex ustawiła się więc w jednej trzeciej boiska, blisko lewej trybuny. Oliver zamarkował rzut do Angeliny, którą ruszył blokować Pucey, a zamiast tego puścił ją dołem do Katie, która pomknęła przed siebie. Montague ruszył w jej kierunku, jednak nim dopadł Gryfonkę, kafel był już w posiadaniu Alex. Tuż przed bramką wyrósł przed nią Flint, jednak nie dała się nabrać na manewr, który sama wykorzystała kilka minut wcześniej i uniknęła zderzenia, robiąc salto w tył. Jeszcze wisząc do góry nogami, wzięła zamach i...
- ...czyżby Harry stracił panowanie nad miotłą? - dobiegł ją zaskoczony głos Jordana, a kafel o milimetry minął bramkę. 
Zaklęła, ganiąc się za własne rozkojarzenie. Przecież odwróciła wzrok jedynie na sekundę! Miała czyste pole do strzału, bo obrońcą zajęli się Fred i George posyłając w jego stronę po kolei oba tłuczki. Zmarnowana okazja!
Nim pani Hooch wznowiła grę, Alex zobaczyła, jak  Nimbus Harry'ego tańczy w powietrzu. Złapała kafla, udaremniając podanie do Puceya i ruszyła w kierunku Angeliny, ale w tym momencie Harry zsunął się z miotły, w ostatniej chwili łapiąc się jej jedną ręką. Rzuciła w kierunku Katie, którą dostrzegła kątem oka w pobliżu, ale Bell również była wpatrzona w jej brata i podanie do niej nie dotarło. Kafla przejął Flint i spokojnie zdobył kolejny punkt, podczas gdy Wood wykrzykiwał w kierunku Harry'ego różne rady.
- Grajcie, zajmiemy się nim! - krzyknęli bliźniacy, krążąc pod Harrym, który próbował wdrapać się z powrotem na miotłę, a Alex w ostatniej chwili uchyliła się przed tłuczkiem, który pozostawiony sam sobie, zaatakował ją, gdy ze zgrozą obserwowała brata kilka metrów powyżej. Ślizgoni zdobyli kolejny punkt, a Alex zacisnęła zęby i podleciała do Harry'ego.
- Zamieniamy się - zarządziła, utrzymując się w powietrzu metr poniżej niego. - Złapiesz znicza i zakończysz tę farsę. Ja sobie jakoś poradzę.
- Jak to sobie wyobrażasz?! - sapnął chłopak. - Ktoś ją chyba zaczarował, nigdy się tak nie zachowywała.
- Zeskocz za mnie i podrzucisz mnie trochę do góry. Coś wymyślę, póki nie złapiesz znicza. - Zerknęła na tablicę wyników. Było dwadzieścia do pięćdziesięciu dla Slytherinu.
- Dobra. - Harry kiwnął głową i już miał puścić miotłę, gdy ta nagle znieruchomiała. - Co jest?
- Widocznie komuś przeszła ochota na to, by cię zabić - odpowiedziała z ulgą. Nie była pewna, czy dałaby radę poskromić miotłę, a znicz zdążył zniknąć. - Wskakuj i nie marudź. Mamy do odrobienia trzydzieści punktów.
- Czterdzieści - poprawiła ją Angelina. - Flint wyrobił się jeszcze z jedną bramką, nim Wood wrócił na miejsce. - Skrzywiła się. - W porządku, Harry?
- Tak - odparł krótko, sadowiąc się z powrotem na miotle i wyprysnął w górę w poszukiwaniu znicza.
- Widzę w twoich oczach rządzę mordu - zauważyła Angelina, patrząc na Alex. - Przestajemy się cackać?
- Nie wiem, co zrobili z jego miotłą, ale pożałują, że w ogóle wpadli na taki pomysł - odparła mściwie dziewczyna i pomknęła wprost na Flinta, przymierzającego się do rzutu. Nie sfaulowała go, ale przeleciała tak blisko, że nie tylko wypuścił kafla, ale omal nie spadł z miotły. Złapała piłkę trzy metry niżej, nim ktokolwiek zdołał się ruszyć. Ślizgoni byli wciąż rozleniwieni po chwilowej przerwie w grze Gryfonów, więc obrońca mocno się zdziwił, gdy spod ziemi niemal pojawiła się Alex i przerzuciła kafel przez obręcz zaledwie kilka centymetrów od jego twarzy.
- Ktoś chyba nadepnął Potter na odcisk. Nie dość, że odrobiła już jedną bramkę, to niemal od razu zgarnia ponownie kafla i... znowu gol! Ścigający Slytherinu nawet nie zdążyli wrócić na swoją połowę! - wykrzykiwał Lee.
Pucey dopadł ją chwilę później, mocno strącając z kursu, gdy próbowała przejąć kafla, podczas podania do Montague'a. Z drugiej strony zablokował ją Flint, a pałkarz posłał w jej stronę tłuczka. Uratował ją Fred, odbijając go w tył głowy Montague'a, który był już w połowie boiska. Wypuścił kafla z rąk, łapiąc się za głową, a kilka metrów niżej piłkę zgarnęła Katie. Flint staranował ją, zmuszając do oddania kafla, Angelina zablokowała mu podanie do Puceya, oddał więc piłkę bramkarzowi. Bletchley chciał wybić daleko, ale Alex stanęła na drodze silnego podania. Piłka odbiła się od niej i trafiając po drodze obrońcę w twarz, przeleciała przez środkową obręcz.
- To się nazywa oberwać rykoszetem! Ktoś tu chyba przeczytał "1001 zwodów i trików" - pochwalił ją Lee. - Gryfoni już niemal wyrównali i nie zapowiada się na kontrę Ślizgonów. Wood, możesz się zdrzemnąć, twoje ścigające pozamiatają zielonymi boisko!
- JORDAN!
- Taka prawda, pani profesor. O, proszę! Angelina Johnson wyrównuje do sześćdziesięciu przy asyście Potter. Czemu ona wcześniej nie była w drużynie? A no tak, jest dopiero na pierwszym roku...
Flint staranował Katie i przebił się przez obronę Wooda, znów przechylając szalę na korzyść Slytherinu. W odwecie Alex z Angeliną zdobyły dwie kolejne bramki, zanim Bell doszła do siebie. Kończyły w trójkę kolejną sytuację podbramkową, kiedy obaj ścigający rzucili się nagle ku murawie.
- Pojawił się znicz! - emocjonował się Lee, ignorując fiasko pod bramką. Alex wykorzystała zamieszanie i ponownie zaatakowała bramkę. Bletchley obronił i wybił do Flinta. Zerknęła szybko na Harry'ego wyciągającego przed siebie rękę, odebrała podanie od Katie i już szykowała się do rzutu, gdy z trybun dobiegł jęk spowodowany upadkiem Harry'ego z miotły. Pucey odebrał jej piłkę i pomknął w stronę bramek Gryffindoru, lecz cała uwaga skupiła się na Harrym, który ewidentnie się czymś dławił. Alex olała grę i podleciała bliżej, podobnie jak reszta drużyny. Nawet Wood opuścił bramkę, przez którą Pucey bez problemu przerzucił kafla.
Harry kaszlnął raz jeszcze i na jego rękę wypadł złoty znicz.
- Proszę państwa! Potter złapał znicza! Bramka Puceya jest nieważna, ta którą teraz próbuje strzelić pod nieobecność Wooda również. Daruj sobie, Pucey, pozamiatane!
- JORDAN!!! - Po raz kolejny upomniała go McGonagall, ale widać było, że jest autentycznie uradowana zwycięstwem.
Pani Hooch odgwizdała koniec meczu, zgodnie ze słowami Jordana anulowała dwie ostatnie bramki Ślizgonów, które padły po złapaniu znicza i cała drużyna skupiła się wokół Harry'ego.
- Dlaczego łapałeś go zębami? - zdziwiła się Alex, gdy wyściskali go i odebrali niechętne gratulacje Ślizgonów. Markus Flint wykłócał się kawałek dalej z panią Hooch, o to, czy  aby na pewno połknięcie znicza jest równoznaczne z jego złapaniem.
- Straciłem równowagę na miotle i po prostu wpadł mi do ust. Więcej szczęścia niż rozumu. - Wzruszył ramionami Harry. - To ty zasługujesz na większe uznanie. Widziałem niemal wszystkie bramki. Cud, że ich bramkarz cokolwiek obronił.
- Oboje spisaliście się fantastycznie - pogodził ich Wood. - Wszyscy spisaliście się fantastycznie - poprawił się od razu, zgromiony wzrokiem bliźniaków. - Na cześć Potterów, Weasleyów oraz pozostałych dwóch ścigających: hip-hip!
- Hura!!! - ryknęli chórem.
- Na cześć najlepszego kapitana pod słońcem - przekrzyczała ich Alex. - HIP-HIP!
- HURA!!! - zgodzili się z nią głośno i znowu wpadli sobie w objęcia. Chwilę później dołączyła do nich profesor McGonagall.
- Opłacało się nagiąć dla was szkolny regulamin, Potter - powiedziała z wąskim uśmiechem. - Dobra robota, Wood, nie waż się zmarnować tych talentów - upomniała go. - A panów Weasleyów proszę, by impreza nie trwała dłużej niż do północy. Portrety w Pokoju Wspólnym narzekają później, że farba im blaknie od niewyspania i hałasu.
- Impreza? - zdziwiła się Alex.
Bliźniacy spojrzeli na nią i z politowaniem pokręcili głowami.
- Dopiero teraz będzie najlepsza część - rzucili z szelmowskimi uśmiechami.
Dziewczyna nie była pewna, czy powinna się cieszyć, czy raczej bać. Jedno było pewne - tego dnia nikt nie pójdzie wcześniej do łóżka.

***

- To był Snape! - gorączkował się szeptem Ron. Jakimś cudem Potterom udało się umknąć świętującym Gryfonom i znaleźć kąt, w którym mogli naradzić się z przyjaciółmi. - Zaczarował miotłę Harry'ego.
- Czytałam o tym. Trzeba utrzymywać kontakt wzrokowy - wyjaśniła Hermiona. - Gdy podpaliłam jego szatę, musiał go zerwać i urok przestał działać. 
- Uratowałaś go, Hermiono - stwierdziła Alex. 
- Naprawdę chcieliście się zamienić miotłami? - zapytała z niedowierzaniem. - To byłby bardzo niebezpieczny manewr!
- Bezpieczniejszy, niż spadnięcie ze zdziczałej miotły - zwróciła jej uwagę Alex. - Zresztą, ścigających jest trzech, a szukający jeden. Mamy ten sam model, więc to żadna różnica. - Wzruszyła ramionami.
- Snape mógł rzucić urok i na drugą miotłę - zauważył Ron.
- Przygotowanie uroku zajmuje trochę czasu, Harry miał przynajmniej kilka minut na złapanie znicza. Też trochę czytałam - mruknęła, gdy zdezorientowana Hermiona zamknęła usta. Była już gotowa pośpieszyć z wyjaśnieniami.
- Więc Snape naprawdę chce mnie zabić - westchnął Harry.
- A przynajmniej mocno uszkodzić - poprawiła go Alex. - Pewnie ktoś byłby na tyle przytomny, by rzucić zaklęcie poduszkujące. Ale i tak mocno byś się poobijał.
- Domyślił się, że wiesz o jego planach względem... Sam-Wiesz-Czego z krypty Sam-Wiesz-Której - szepnął Ron, gdy jakaś roześmiana grupa przeszła obok nich. - Chce cię wykończyć. Nas pewnie wkrótce też, gdy tylko sobie uświadomi, że skoro ty wiesz, to i my wiemy.
- Ron, przestań mówić zagadkami - westchnęła Alex. - Dobra. Żarty się skończyły. Trzeba się dowiedzieć czego pilnuje Puszek. - Skrzywiła się. Imię, które poznali dzięki rozmowie z Hagridem, którego odwiedzieli po meczu, zupełnie nie pasowało do opisu przedstawionego jej przez pozostałą trójkę.
- I co do tego ma ten cały Nicolas Flamel - dodała Hermiona. To imię również padło w rozmowie  z gajowym. - Szkoda, że Hagrid nie powiedział nic więcej.
- Dobre i tyle, mocno się zdenerwował tymi oskarżeniami rzucanymi na Snape'a - westchnęła Alex.
- To nie żadne oskarżenia! Sama widziałaś, co się działo! - oburzył się Ron.
- Przecież wiem. - Wywróciła oczami, choć w głębi duszy tlił się w niej jeszcze cień nadziei, że być może nauczyciel jest niewinny. Wszystko jednak przemawiało przeciwko niemu. - Dowiemy się, czego pilnuje Puszek, a na razie nie możemy spuścić ze Snape'a oka nawet na sekundę. A teraz... - Rozejrzała się dookoła. - Wróćmy do zabawy, bo wyglądamy podejrzanie. Tym wszystkim zajmiemy się od jutra.
Kiwnęli głową i rozeszli się w poszukiwaniu ulubionych łakoci. Fred i George rozkręcili naprawdę dużą imprezę, a zgodnie ze słowami McGonagall, portrety już o dziewiątej zaczęły kręcić nosami.
- Mam coś dla ciebie. - Wood stuknął ją w ramię, gdy wybierała z miski swoje ulubione, cytrynowe żelki i podał jej butelkę kremowego piwa.
- Dzięki - przyjęła je z wdzięcznością, bo była spragniona po niedawnej naradzie.
- Nie o tym mówię, to taki gratis. - Wood sięgnął do kieszeni i wyjął nieduże pudełko. - Otwórz.
Podejrzliwie obejrzała pudełko, zastawiając się czy to nie jakiś kawał bliźniaków, w który wciągnęli swojego kapitana. Wyglądało jednak w porządku, więc zajrzała do środka.
- To... - zająknęła się, wyciągając drobną, połyskującą srebrzyście niewielką przypinkę, na którą składały się miotła oraz krążące wokół niej cztery piłki - rubinowy kafel, szmaragdowe tłuczki i diamentowy znicz. - Wood, nie mogę tego przyjąć. Wygląda na drogie, a... A ja nawet nie wiem, z jakiej to okazji!
- Z okazji wygranego meczu. I, po pierwsze, mam takie same również dla innych, więc nie czuj się jakoś szczególnie uhonorowana, a po drugie, nie kosztowały mnie niemal nic - wyjaśnił, co nieco uspokoiło Alex. - Sami na nie zarobiliśmy.
- Jak? - zapytała ciekawie.
- Lee przyjmował zakłady przed meczem. Postawiłem na nas i... opłaciło mi się to - wyjaśnił. - To, że mój wujek ma spółkę z pewnym goblinem-jubilerem i spuścili mi z ceny, to drobiazg. - Wzruszył ramionami. - Należy się wam. Wszystkim. Za dobrze wykonaną robotę. - Uśmiechnął się.
- To miłe. Dzięki, Wood. A reszta? Gdzie ich przypinki? - Rozejrzała się, szukając ozdób u pozostałych członków drużyny.
- Jesteś pierwsza. Uznałem, że jeżeli okaże się, że to potworny kicz, to ty jako jedyna powiesz mi to prosto w twarz i nie zbłaźnię się przed resztą - wyznał ze speszonym uśmiechem.
- To nie kicz, są piękne - zapewniła go. - Idź, zanim dziewczyny wydrapią ci oczy z zazdrości.
- Cieszę się, że ci się podoba, Lex. - Wood odszedł, nim Alex zorientowała się, co powiedział.
Lex? Nikt tak do mnie nie mówi...
Po namyśle stwierdziła jednak, że to całkiem ładne zdrobnienie. Było w nim coś... osobistego. I chyba dobrze oddawało charakter jej relacji z Woodem. Była bliska, ale w zupełnie inny sposób, niż ta która łączyła ją z pozostałymi przyjaciółmi.
Lex. Podoba mi się. - Uśmiechnęła się do siebie, obserwując, jak Angelina ściska Wooda po otrzymaniu prezentu. Spojrzała na swoją przypinkę i dostrzegła drobniutki napis "Lex" na trzonku miotły.
Była niemal pewna, że pozostałe przypinki podobnych nie posiadają.
____________
Te ostatnie rozdziały pisze mi się tak dobrze, jak nigdy. Chyba stęskniłam się za tym światem. Cóż więcej mam mówić  - chwilo trwaj!
I, ej, odzywajcie się trochę, bo nie wiem co sobie myśleć. Czego za dużo, a czego za mało. Potrzebna mi konstruktywna krytyka! 
Ujawnijcie swoje myśli, ja nie umiem w legilimencję!


poniedziałek, 4 czerwca 2018

8. Halloween

Katie i Angelina okazały się bardzo sympatycznymi osobami. Mimo nieznacznej różnicy wieku - Katie była od niej rok starsza, a Angelina chodziła do klasy z Fredem i Georgiem - szybko złapały wspólny język.
- Wygląda na to, że drużyna nam mocno odmłodniała. - Uśmiechnęła się do niej Angelina, gdy przebierały się w szatni na trening. - Prócz Wooda nie ma nikogo z wyższej klasy niż trzecia. W tym dwóch pierwszoroczniaków!
- Mnie Wood wypatrzył w zeszłym roku, ale dopiero teraz mogłam zacząć oficjalne treningi - dodała od siebie Katie. - Mieszkamy blisko siebie i w ferie zimowe graliśmy trochę razem z moim młodszym bratem. Przez cały drugi semestr chodziłam z nimi na treningi. 
- Czyli to trochę bujda z tym zakazem posiadania mioteł na pierwszym roku? - zauważyła Alex, puszczając do nich oko.
- Wręcz przeciwnie. Ale dla quidditcha Wood zrobi wszystko. To jego jedyna miłość - westchnęła nieco melancholijnie Katie. - No i ciężko jest przejąć stanowisko kapitana po kimś takim jak Charlie Weasley - dodała.
- On był poprzednim kapitanem?
- Nie, przez rok był jeszcze... jak on się nazywał? - zamyśliła się Angelina. - Oliver wspominał... o, wiem! Roberts! Ale nikt o nim nie pamięta, bo był tak beznadziejny, że to faktycznie Wood kierował drużyną. Wykopali go, gdy tylko to było możliwe.
- No nieźle - westchnęła Alex, a w tym momencie rozległo się pukanie.
- Halo, laski! Nie mamy całego dnia! - wołał zza drzwi jeden z bliźniaków. - Będzie padać, spłynie wam ten puder!
- To nie puder! My tu omawiamy strategię! - zawołała rozeźlona Angelina, chowając puderniczkę do torby. - Już idziemy!
W szatni chłopaków Wood przygotował już wielką tablicę, po której poruszały się zaczarowane figurki zawodników.
- Dobra, drużyno! - zaczął uroczyście Wood. - Mamy w tym roku trzech nowicjuszy, w tym dwóch pierwszorocznych, a w innych drużynach nie ma zbyt wielu zmian personalnych. Ale nie stawia nas to na gorszej pozycji. Wręcz przeciwnie. Wiem, jak latacie i wiem, że jesteście świetni. Ale trening całej drużyny to zupełnie inna bajka. Jesteśmy jednością i musimy o tym pamiętać. To kwintesencja sportu, to podstawa wygranej. To osoby znajdujące się w tym pomieszczeniu są teraz dla was najbliższą rodziną.
- Ugh, George, teraz będziemy jakby rodzeństwem - rzucił scenicznym szeptem Fred, a Wood zmierzył go gniewnym spojrzeniem.
- Nawet jesteśmy trochę podobni - zawtórował mu brat. - I, ej, spójrz na Alex. Pasuje do nas kolorystycznie!
Dziewczyna puściła do nich oko, a kapitan raz jeszcze zgromił ich wzrokiem, nim podjął przemowę.
- Celem dzisiejszego treningu jest dogranie pracy wszystkich ścigających. Angelina i Katie pokażą ci, jak się komunikują na boisku oraz główne zagrywki taktyczne. - Wood zwrócił się bezpośrednio do Alex. - Poćwiczycie podania i główne zwody, a bliźniacy w tym czasie będą testować mój nowy plan.  - Wskazał tablicę, na której postaci śmigały po planszy w tak skomplikowany sposób, że nawet Oliver w pewnym momencie poddał się, przyznając, że sam dobrze nie wie, co miał na myśli. Następne dziesięć minut zajęło mu rozszyfrowanie swoich wcześniejszych przemyśleń.
- A ja? - zapytał nieśmiało Harry, gdy Wood z zadowoleniem zakończył wyjaśnianie przebiegu wszystkich akcji, które chciał dziś przetestować.
- Ty, Harry, w końcu zapoznasz się dokładnie ze złotym zniczem. Twoje dzisiejsze zadanie na dziś, to złapanie go przynajmniej ze trzy razy podczas treningu, jasne? - przykazał mu surowo Wood, a chłopak skinął głową. - Wszystko jasne? No to co tak jeszcze siedzicie? Na boisko! Nie mamy całego dnia!

***

- Wood na boisku zmienia się w jakiegoś upiora - westchnęła Alex, ciężko opadając na krzesło obok Neville'a. - Nie czuję rąk, nóg, ani żadnej innej części ciała. Trzy dni pod rząd czterogodzinny trening, z czego ostatnie dwa w ulewnym deszczu. Ale przynajmniej opanowałam podania tyłem tak dobrze, że mogę je robić z zamkniętymi oczami. Zresztą to żadna różnica, w tym paskudnym deszczu i tak nic nie widać. Jak ci idzie? - Zerknęła mu przez ramię.
- Oddałem esej McGonagall, a rano byłem u Snape'a warzyć Eliksir Bujnej Czupryny. Gdy tylko odstoi swoje, będę go testował na szczurze. - Chłopak był wyraźnie przerażony tą wizją. - No i zacząłem ten esej dla Flitwicka o zaklęciach translokujących, ale idzie mi raczej kiepsko. - Wskazał arkusz pergaminu przed sobą, a Alex szybko przebiegła wzrokiem niedługi tekst.
- Mhm, dobrze, że zacząłeś od podziału na rodzaje. Ale trochę ci się pomieszało. - Odwróciła się i sięgnęła po podręcznik, wskazując Neville'owi odpowiednią stronę. - Pierwszy typ to czary lewitujące, drugi przywołująco-odsyłające, trzeci transportujące, a czwarty, który czasem jest traktowany zupełnie osobno, to teleportacja. Różni się od czarów transportujących tym, jest to czar, który rzucamy na żywe stworzenia. Nie można transportować kota, ale kaktusa już tak. Rośliny są tutaj traktowane jako przedmioty. Dodatkowo teleportacja to czar, który rzuca się na samego siebie, ewentualnie można go rozszerzyć na inne osoby, dlatego jego przynależność do czarów translokujących jest często kwestionowana przez wielu specjalistów. - Uśmiechnęła się widząc, jak kolega wszystko skrzętnie notuje. - Flitwick ci nie uwierzy, że sam to napisałeś. Masz, tutaj jest wszystko. - Podetknęła mu podręcznik pod nos. - A w dormitorium mam notatki z lekcji, jest tam kilka przydatnych informacji.
- Dzięki, Alex, jesteś najlepsza! - zawołał z wdzięcznością Neville.
- Aj, aj, aj, Longbottom, nie ekscytuj się tak, bo się jeszcze posikasz. - Obok nich znienacka pojawił się Malfoy. -  Taki wstyd przy dziewczynie?
Neville zrobił się cały czerwony, a Alex obrzuciła Dracona obojętnym spojrzeniem.
- Nie zgubiłeś się przypadkiem, Malfoy? Biblioteka to nie jest twoje naturalne środowisko. Mało sprzyjające warunki do dręczenia kolegów. - Gestem wskazała kręcącą się w okolicy panią Pince, która uważana była za bardzo surową w kwestii przestrzegania regulaminu biblioteki.
- Zostałem wysłany przez profesora Snape'a. Chce was widzieć - odparł z godnością Draco.
- Teraz jesteś chłopcem na posyłki? - Alex uniosła do góry brwi. - Cóż za awans!
- Tak się składa, że akurat przekazywałem mu wieści od mojego ojca i pozwoliłem sobie wyświadczyć mu tę przysługę. Ale to nic, co mogłoby cię interesować, Potter. Za wysokie progi - prychnął i odmaszerował z z wysoko uniesioną brodą.
- Chodź, Neville. Widocznie eliksir już jest gotowy i czas go wypróbować - stwierdziła, wstając od stołu. - Pytanie tylko, czego Snape chce ode mnie? - zastanawiała się na głos.
- Nie boisz się Malfoya? - zapytał cicho Neville, powoli odzyskując naturalne kolory.
- On tylko dużo gada. A nawet jeśli by czegoś próbował, to jestem w zaklęciach lepsza od niego. - Alex wzruszyła ramionami.
- Ale ja nie...
Nie zdążyła mu nic odpowiedzieć, bo właśnie dotarli do lochów, gdzie czekał na nich Snape z złowróżbną miną.
- Nie śpieszyło ci się, Longbottom. Chyba lubisz dręczyć małe, futrzaste zwierzątka. Twój pseudo-eliksir jest już gotowy. Zobaczymy, co zrobi z tym biednym szczurem. - Jednym machnięciem różdżki wyczarował klatkę ze zwierzęciem, które owinięte było trzema skarpetkami. W tym jedną dziurawą. - Żałosne. Ale najpierw... - Podszedł do biurka i powrócił po chwili z kawałkiem pergaminu. - Powiedz mi, Longbottom, co to jest?
- Mój e-e-e-esej, panie p-p-p-profe-s-s-s-sorze - wyjąkał Neville, trzęsąc się ze strachu. Nauczyciel eliksirów taki miał na niego spływ.
- To widzę, Longbbottom, nie jestem ślepy i umiem jeszcze odcyfrować twoje nazwisko na górze strony. Powiedz mi lepiej, kto go napisał - wycedził Snape.
- J-j-j-ja...? - wydukał Neville, zupełnie onieśmielony groźną postawą nauczyciela.
- To ja pytam ciebie, Longbottom! A może to dzieło panny Potter, hm? - Przeniósł wzrok na Alex, która postąpiła krok do przodu. - Coś za dużo tutaj mądrych sformułowań, by wyszły spod twojej ręki.
- Zaręczam, panie profesorze, że Neville sam napisał pracę. Ja jedynie podsunęłam mu odpowiedni rozdział w podręczniku. To stamtąd pochodzą te "mądre zwroty" - zauważyła z lekkim przekąsem. Przez chwilę myślała, że przesadziła, nauczyciel jednak nijak nie zareagował na tę drobną uszczypliwość. - Zresztą drobna pomoc koleżeńska chyba nie jest zakazana?
- Pomoc? - Snape spojrzał na nią z politowaniem. - Raz jeszcze zobaczę, Potter, że wyręczasz Longbottoma na lekcji, to oboje dostaniecie miesięczny szlaban i kilkadziesiąt ujemnych punktów. To właściwie wszystko, możesz iść. 
- Jestem ciekawa, co się stanie ze szczurem. - Alex uśmiechnęła się niewinnie i podeszła do klatki ze zwierzątkiem. - Neville bardzo się przyłożył do tego eliksiru.
- Nie wątpię - rzucił Snape z przekąsem, ale pozwolił jej zostać. - Dalej, Longbottom, pokaż, co tym razem sknociłeś. - Sięgnął po zwierzę i ściągnął z niego skarpetki, nie kryjąc niezadowolenia. Alex miała nadzieję, że kolega wykorzystał do ogrzania szczura najmniej świeże skarpetki ze swojego kufra.
Neville drżącymi rękami nabrał eliksiru i skropił łysą skórę trzęsącego się szczura.
- Jeszcze trochę - mruknęła Alex półgębkiem. Snape rzucił na nią okiem, jednak nie dał po sobie poznać, że cokolwiek usłyszał. Chłopiec dodał jeszcze kilka kropel eliksiru, a część z nich kapnęła na rękę nauczycielowi.
- Co robisz, idioto?! - wykrzyknął Snape, puszczając szczura, który nadal łysy, umknął pod ławkę. Za to na grzbiecie dłoni nauczyciela wyrosło bujne, ciemne owłosienie.
- Zdaje się, że na szczura ktoś rzucił zaklęcie neutralizujące działanie wszelkich mikstur magicznych - zauważyła Alex, wygrzebując przerażone zwierzątko, które popiskiwało cicho. - Nie dotyczy ono oczywiście silnych trucizn, oraz specyfików, które muszą być podane doustnie. Myślę, że zaklęcie, Specialis Revelio powinno to wykazać. Ewentualnie Finite Incatatem, pozwoli nam zdjąć ewentualne czary i sprawdzić miksturę Neville'a raz jeszcze.
- Znam podstawowe zaklęcia, Potter - warknął Snape, jednym machnięciem różdżki pozbywając się nadmiernego owłosienia. - Nie obchodzi mnie ten głupi szczur. Longbottom, masz zaliczone zajęcia i nie pokazuj mi się na oczy do kolejnej lekcji. Wynocha stąd, zanim się rozmyślę.
Pośpiesznie ewakuowali się z lochów - Neville wciąż się trzęsąc, a Alex rozmyślając nad niesprawiedliwością nauczyciela.
- Specjalnie zaczarował szczura, żeby cię oblać. Gdybym tylko umiała rzucić to zaklęcie, zaraz bym to udowodniła. I jeszcze Priori Incatatem na jego różdżkę. Tak, to nie pozostawiłoby żadnych wątpliwości. Ale to bardzo trudne zaklęcia, na pewno nie dla pierwszorocznych. Dobrze, że przez przypadek nakapałeś mu na rękę - westchnęła, poklepując roztrzęsionego chłopca po ramieniu. - Ej, Neville, w porządku. Już po wszystkim.
- Za kilka dni kolejne eliksiry. Ja nie dam rady, Alex. To nie dla mnie. Jestem beznadziejnym czarodziejem - westchnął, siąkając nosem.
- Nie, Neville. To Snape jest beznadziejnym nauczycielem. Nie powinien tak cię traktować. Zrobiłeś naprawdę świetny eliksir. Choć przydałoby się go nieco rozcieńczyć, widziałeś ten gąszcz? - zapytała ze śmiechem, w końcu wywołując uśmiech na twarzy kolegi. - Nie martw się. Poradzimy sobie. I z eliksirami, i ze Snapem. 
- Dzięki, Alex. Idziesz teraz na obiad? - zapytał, ale dziewczynka pokręciła głową.
- Idę spać. Wieczorem umówiłam się z Woodem na dodatkowy trening, obiecał mi, że mnie wyciśnie ze mnie ostatnią kroplę potu. A muszę jeszcze odpocząć po tym porannym. Smacznego! - Pomachała mu i ruszyła w stronę wieży Gryffindoru, a Neville skierował się ku Wielkiej Sali.

***

Czas mijał pomiędzy lekcjami i treningami, nim się więc obejrzeli, październik powoli dobiegał końca. Wielkimi krokami zbliżało się Halloween, a tuż potem pierwszy w tym sezonie mecz quidditcha. Poza zwykłymi lekcjami Alex dużo czasu spędzała z Nevillem w bibliotece, pomagając mu przy eliksirach i transmutacji. Coraz częściej zaczęli się do nich dosiadać Harry z Ronem, doceniając wiedzę koleżanki.
- Skąd ty to wszystko wiesz? - dziwił się Ron, gdy sprawdzała jego esej z zaklęć, jednocześnie sugerując Harry'emu, by przesunął jeden z księżyców Saturna nieco bliżej planety. - Ja musiałbym całe dnie spędzać w bibliotece, żeby to wszystko ogarnąć!
- Spróbuj posiedzieć przynajmniej godzinę dziennie, na dobry początek - zasugerowała mu. - A odpowiadając na twoje pytanie, mieszkam z Hermioną. Ciężko ją ignorować, gdy uczy się na głos.
Było w tym trochę prawdy, ale głównym powodem, dla którego Alex miała tak dobrze opanowany bieżący materiał było to, że uczyła się kilka lekcji w przód z większości przedmiotów. Zwłaszcza tych, wymagających rzucania różnego rodzaju zaklęć. I nie działo się tak bez przyczyny. 
Przynajmniej trzy razy w tygodniu zaszywała się gdzieś samotnie i ćwiczyła kolejne zaklęcia. Magia poddawała się jej opornie. Im bardziej złożone zaklęcie, tym dłużej trwało, nim udało jej się wykonać je bez wysiłku. Po paru godzinach takich ćwiczeń, wracała do dormitorium zgrzana nie gorzej niż po typowym Woodowym wycisku na boisku. Zabierało jej to coraz więcej czasu i zaczęła się obawiać, że wkrótce przestanie się wyrabiać. Jak ma pójść na zajęcia nieprzygotowana, kiedy rzucenie zaklęcia niemal całkiem pozbawia ją sił?
Nie inaczej było z zaklęciem lewitującym, które było pierwszym z przerabianych zaklęć translokujących. Esej Neville'a został doceniony przez Flitwicka dobrą oceną, a Alex potrzebowała okrągłych trzech godzin, by rzucenie tego zaklęcia zaczęło wychodzić jej bez wysiłku. Powtórzyła je tak wiele razy, że lekcja zaklęć była w tym tygodniu jedynie formalnością.
Klasa była nieco rozkojarzona zbliżającą się Nocą Duchów. Wszystko było już dopięte na ostatni guzik, w Wielkiej Sali rozstawiane były ostatnie dekoracje. Do uczty zostało kilka godzin. Ale najpierw - zaklęcia.
Profesor Flitwick nie rozwodził się długo nad teorią - to wszystko omówili już na poprzednich zajęciach. Szybko zademonstrował ruch różdżką oraz wymowę zaklęcia, a spoczywające na katedrze strusie pióro uniosło się pod sufit, kierowane jego różdżką.
- Wasza kolej, kochani! Pamiętajcie o wymowie!
Alex usiadła koło Neville'a i półgłosem udzielała mu wskazówek. Rząd przed nimi Ron i Harry znęcali się nad swoimi piórami. Harry upierał się, że za piątym razem jego pióro nieznacznie drgnęło, a Ron gorliwie potwierdzał, nie odrywając wzroku od swojego. Siedząca obok Hermiona wywróciła oczami. W końcu nie wytrzymała.
- Ty to po prostu źle wymawiasz! To jest Le-VIO-sa, a nie Le-vio-SA.
- Jak jesteś taka mądra, to pokaż! - burknął Ron.
Hermiona podwinęła rękawy szaty i bez większego problemu rzuciła zaklęcie. Ron przybrał naburmuszoną minę, a dziewczyna zgarnęła kilka punktów. 
- Alex, pokaż mi to jeszcze raz - zażądał Neville, gdy jego pióro nadal ani drgnęło.
Westchnęła i po raz kolejny wypowiedziała zaklęcie. Miała go już serdecznie dosyć. Jak wszystkich zaklęć, które próbowała ostatnio poskromić.
- Wingardium Leviosa! - Uniosła różdżkę i posłała pióro pod sufit. - Musisz uważać na wymowę i ruch nadgarstka. Spróbuj - zachęciła chłopca, który po kilkunastu próbach zdołał unieść pióro na kilka sekund w górę.
- Brawo, panie Longbottom - zawołał uradowany Flitwick. - Pięć punktów dla Gryffindoru. Oraz kolejne dziesięć dla panny Potter za koleżeńskie zachowanie i bezbłędną prezentację.
Lekcję zakończył solidny wybuch wywołany przez Seamusa, co było zjawiskiem tak częstym, że wręcz spodziewanym.

***

- Ona jest zupełnie nieznośna! - narzekał głośno Ron, maszerując z Harrym przez dziedziniec. - Wingardium Levioooooosa, a nie Leviosaaaaaa - dodał piskliwym głosem, przedrzeźniając koleżankę.
Idąca za nimi Hermiona, przepchnęła się między nimi i zasłaniając twarz torbą, uciekła do zamku. Alex odprowadziła ją wzrokiem, zastanawiając się, czy nie powinna iść za nią, ale uznała, że koleżanka chyba woli być sama.
- To nie było zbyt miłe z twojej strony, Ron - zauważyła, zrównując krok z chłopcami.
- No i masz. Kolejna mądrala. - Skrzywił się rudzielec.
- Miała rację. Teraz na długo zapamiętasz wymowę. - Uśmiechnęła się krótko Alex, nie zważając na jego naburmuszoną minę. - Ale faktycznie mogła to powiedzieć mniej autorytatywnym tonem.
- Współczuję ci, że z nią mieszkasz.
- Nie jest tak źle. Głównie się uczy i nie zwraca na nikogo uwagi. Chyba jest dość... samotna - stwierdziła po namyśle.
- Nic dziwnego, skoro jest jędzą - prychnął Ron. - Mam nadzieję, że nie będzie jej na zielarstwie.
Hermiona faktycznie odpuściła sobie popołudniowe lekcje. Profesor Sprout zaprezentowała im główne założenia hodowli grzybów bąblowcowych, których często używali podczas lekcji eliksirów. Całe zajęcia spędzili rzucając zaklęcia regulujące temperaturę i wilgotność na grządki z zarodnikami. Nauczycielka pochwaliła ich, twierdząc, że teraz profesor Snape nie będzie mógł narzekać na braki w składziku i zarówno Puchonów, jak i Gryfonów obdarowała dwudziestoma punktami.
- Mogę usiąść koło was na uczcie? - spytała Alex, gdy wracali do dormitorium, by przebrać się przed ucztą i zmyć z siebie resztki gleby.
- Pod warunkiem, że nie będziesz marudzić - zastrzegł Ron, gdy Harry kiwnął przyzwalająco głową.
- Dzięki za pomoc w nauce. To miłe z twojej strony - dodał.
- W grupie raźniej się uczy, a wiedza łatwiej wchodzi do głowy. Lepiej zaczynam rozumieć niektóre sprawy, gdy muszę je wytłumaczyć innym - wyjaśniła Alex, przechodząc przez dziurę pod portretem. - Do zobaczenia! - Pomachała im i ruszyła do swojego dormitorium.
W środku znajdowała się tylko Lavander, która zapytana o Hermionę, pokręciła jedynie głową. Nic nie wskazywało na to, by dziewczyna była od rana w dormitorium.
- Padma mówiła Parvati, że od południa siedzi w łazience i ryczy - powiedziała, wzruszając ramionami. - Ale nie wiem, w której.
- Dzięki.
Alex przebrała się szybko i ruszyła na poszukiwania koleżanki. W połowie drogi jednak zawołał ją Harry, twierdząc, że jeśli zaraz się nie ruszą, to spóźnią się na pokaz dyniowych lampionów. Ostatecznie dziewczynka stwierdziła, że dobra relacja z bratem jest ważniejsza, niż szukanie koleżanki, która nawet jej specjalnie nie lubi i ruszyła wraz z Harrym do Wielkiej Sali.

***

Uczta była wspaniała. Alex nie była wielką fanką obchodzenia Nocy Duchów, ale wystrój sali zapierał dech w piersiach. Atmosferę dopełniały zamkowe duchy, tego wieczoru w szampańskich humorach. Nawet Krwawy Baron zdawał się uśmiechać pod nosem.
Choć nigdy nie była łasuchem, nie mogła nie przyznać, że najlepszą rzeczą w tej uczcie było jedzenie. Ron niemal popadł w ekstazę, nie mogąc zdecydować się, co jeszcze włożyć na talerz. Nawet gdyby próbował ledwie po kęsie, nie dałby razy skosztować każdej z potraw. A były zdecydowanie zbyt pyszne, by zadowolić się jedynie kęsem.
- Nadal nie ma Hermiony - zauważył Harry, rozglądając się po sali.
- Doprowadziliście ją do płaczu i od kilku godzin siedzi w którejś z łazienek - poinformowała go bezlitośnie Alex. - Tak przynajmniej twierdzi Lavander. A raczej usłyszała to od Parvati, której powiedziała to siostra. Pewnie gdzieś w drugiej części zamku, bo Padma jest przecież  w Ravenclawie.
- Kurcze. - Ron nieco zmarkotniał. - Nie sądziłem, że tak się przejmie. Przecież nie tylko my jej dokuczamy!
- Ale to wy byliście dla niej dotąd względnie mili - uświadomiła go dalej Alex. - I uważa was za względnie normalnych. Mnie nie, bo w jej oczach jestem oszustką, wykorzystujacą nazwisko sławnego Harry'ego Pottera. - Wywróciła oczami, po czym uświadomiła sobie, że dotknęła drażliwego tematu. - To znaczy... - zająknęła się.
- Spoko. Rozmawiałem z Hagridem. Dobrze znał naszych rodziców.
Alex nie potrafiła opanować wyrazu ulgi, który pojawił się na jej twarzy. Harry jej wierzył. I zaakceptował ją jako swoją siostrę. Czy mogła usłyszeć dzisiejszego wieczoru lepszą wiadomość?
- Więc... między nami w porządku?
- Tak. - Kiwnął głową Harry. - Przepraszam za tamto. Ja... nie umiem za bardzo ufać ludziom. Zwłaszcza jeżeli chodzi o rodzinne sprawy. Nie mam na tym polu zbyt dobrych doświadczeń.
- Oboje potrzebujemy przyjaciół. Kogoś bliskiego. - Uśmiechnęła się ciepło i spojrzała na Rona. - Wchodzisz w to?
- Nie wierzę w to, co mówię, ale tak. Coś czuję, że oboje staniecie się tak nierozłączni jak Fred i George - westchnął ciężko. - Transakcja wiązana, ale widzę plusy tej sytuacji...
- Nie, nie napiszę za ciebie eseju na historię magii. - Alex natychmiast go przejrzała. - Ale mogę zaznaczyć ci w książce rozdziały, które mówią o rebelii Ryderyka Roześmianego.
- Przynajmniej tyle. O rety, ale się najadłem! - sapnął, klepiąc się po brzuchu.
- Idę na chwilę do Wooda, muszę z nim obgadać jedną sprawę. - Przeszła na drugą stronę stołu i przeprosiła Katie, siedzącą obok kapitana.
- Hej, Alex. Jak ci się podoba uczta?
 - Fantastycznie, choć osobiście nigdy nie pociągało mnie świętowanie Halloween - przyznała szczerze, rozglądając się dookoła. Wydawało się, że uczta dobiega końca. - Myślicie, że są przewidziane jeszcze jakieś atrakcje...?
Nim ktokolwiek zdołał jej odpowiedzieć, drzwi do Wielkiej Sali otworzyły się z hukiem i do środka wbiegł profesor Quirell z powiewającym turbanem.
- Trooooooooll! Troooooll! Troll w lochach! - wołał spazmatycznie, aż w końcu zabrakło mu sił i zatrzymał się niemal tuż przed stołem nauczycielskim. - To chyba niedobrze - wyjąkał jeszcze, po czym zemdlał.
Na sali zapadła śmiertelna cisza na długie trzy sekundy, po czym wybuchnął straszny harmider i zamieszanie.
- Masz swoje atrakcję, Potter - mruknął Wood, podnosząc się gwałtownie od stołu.
- Czyli troll w lochach to nie jest doroczna tradycja? - jęknęła, popychana przez tłum ku wyjściu.  Niewiele brakowało, a nadepnęłaby na głowę biednemu Quirellowi.
- Zdecydowanie nie  - odparł Wood, biorąc ją pod ramię. - Chodź ze mną, nic ci nie będzie - zapewnił ją, podczas gdy dyrektor opanował pandemonium i odesłał wszystkich uczniów do dormitoriów pod wodzą ich prefektów. Percy Weasley był w swoim żywiole.
- Tędy proszę, pierwszoroczni razem! - wykrzykiwał.
- Trzymaj się mnie - szepnął jej Oliver. - Trolle nie są takie straszne. Owszem, gruboskórne i trzeba je trafić solidnym zaklęciem, żeby coś poczuły, ale są też niemożliwie głupie i łatwo je znokautować jakimś ciężkim przedmiotem. No co? - zapytał, gdy spojrzała na niego zdziwiona. - Esej dla Quirella, mówiłem ci na ostatnim wieczornym treningu.
- Fakt, przyłożyłeś się - mruknęła, ze wzrokiem utkwionym ponad jego ramieniem, gdzie Harry wraz z Ronem odłączali się właśnie od grupy. - Wood, nie martw się o mnie. Dołączę do pierwszorocznych, Percy prosił, żebyśmy szli razem...
Nie chciała go okłamywać, ale co miała robić, skoro jej brat właśnie ponownie ładował się w kłopoty?
Ruszyła za nimi, pilnie bacząc, żeby nikt jej nie zauważył. Gdy udało jej się ich dogonić, właśnie z zadowolonymi minami zamykali na klucz jedne z drzwi. Na korytarzu unosił się jakiś paskudny zapach.
- Co ty tu robisz? - Ron zauważył ją pierwszy.
- Sprawdzam, czy nie pakujecie się w tarapaty. Co robicie?
- Chcieliśmy ostrzec Hermionę przed trollem. Ale sam się napatoczył i zamknęliśmy go tutaj. - Harry wskazał drzwi, a Alex zerknęła na nie z zainteresowaniem.
- Zamknęliście trolla w... - Pobladła nagle. - Damskiej łazience?!
Jakby na potwierdzenie jej obaw, zza drzwi dobiegł w tym momencie wysoki, przeraźliwy krzyk.
- Hermiona! - jęknęli obaj chłopcy, a Alex z zimną determinacją chwyciła za klamkę.
- No co się tak gapicie? - zawołała, gdy nawet nie drgnęli. - Kto go tam zamknął? Ja czy wy? Trzeba ją ratować!
Ron i Harry ruszyli za nią, choć nie mieli pojęcia, co mogliby zrobić.
Dopiero gdy weszli do łazienki, Alex uświadomiła sobie, że może to jednak nie był najlepszy pomysł. Troll miał trzy metry wysokości, grubą skórę, ogromną maczugę i cuchnął gorzej, niż po rzuceniu Klątwy Nieznośnego Odoru. Demolował właśnie kabiny, spod których wyczołgała się Hermiona, by schować się pod umywalką.
- Co robimy? - jęknął Ron.
- Odwracamy jego uwagę! - zarządziła Alex. Troll odcinał Hermionie drogę do drzwi, ale oni mieli swobodną drogę ucieczki. Dobrze by było, gdyby i Hermiona znalazła się po właściwej stronie trolla...
- Ej, ciasnomózgi! Tutaj! - Ron rzucił w niego resztką sedesu. Na trollu nie zrobiło to jednak wrażenia.
- Celuj w głowę, to słaby punkt! - poradziła mu Alex, przypominając sobie słowa Wooda, jednocześnie przekradając się w stronę Hermiony.
Pomyślała, że dobrze by było, gdyby jedno z nich pobiegło po nauczyciela, ale wysiłki Rona i Harry'ego poskutkowały i troll ruszył w ich stronę. Było za późno na wzywanie posiłków.
- Hermiona! - syknęła, patrząc, jak Harry ląduje na plecach stwora, przypadkowo wsadzając mu różdżkę do nosa, co rozzłościło go jeszcze bardziej. - Chodź tutaj, chłopcy odwrócą jego uwagę!
Dziewczyna podczołgała się do Alex, lecz nagle krzyknęła, gdy troll złapał Harry'ego za kołnierz i uniósł na wysokość oczu.
- Ron! Zaklęcie! - krzyknęła Hermiona, w panice szukając różdżki.
Rudzielec sięgnął po swoją i rzucił pierwsze zaklęcie, jakie przyszło mu do głowy.
- Wingardium Leviosa! - zawołał, a ogromna maczuga wyrwała się z pięści trolla, który właśnie miał zamiar sprawdzić nią wytrzymałość kości Harry'ego.
- Głowa! - przypomniała mu Alex, a Ron jednym ruchem różdżki upuścił potężny kawał drewna na czaszkę trolla.
Troll zamrugał gwałtownie i wypuścił z ręki Harry'ego, który upadł z wysokości dwóch metrów prosto pod jego nogi. Następnie zakołysał  się na piętach i runął prosto na zbierającego się z podłogi chłopca.
- Depulso! - krzyknęła Alex, nawet nie zastanawiając się, skąd to zaklęcie pojawiło się w jej głowie. Harry został gwałtownie odepchnięty pod przeciwległą ścianę i choć zderzenie z nią na pewno nie zaliczało się do przyjemnych, było o niebo lepsze od zmiażdżenia przez cielsko nieprzytomnego górskiego trolla.
- Stary, żyjesz? - Ron podbiegł do przyjaciela, który niemrawo zbierał się z podłogi, a Alex pomogła podnieść się Hermionie, której potwornie trzęsły się nogi. Coś jej strasznie nie pasowało, ale była w zbyt wielkim szoku, by skojarzyć, co to jest.
- Tak. - Harry otrzepał szatę i rozejrzał się rozkojarzony. - Alex uratowała mi życie. Byłaby ze mnie mokra plama.
- A wy uratowaliście moje - dodała cicho Hermiona. - Gdyby nie wy...
- Na brodę Merlina! - Do łazienki, a raczej tego, co z niej pozostało wpadła McGonagall i złapała się za serce. Zaraz za nią pojawili się Snape i Quirrel. - Co tutaj się stało? Ten troll... to wasza sprawka? Potter? Weasley? Wytłumaczcie się!
- Pani profesor... - zaczęła odważnie Alex, która była chyba najmniej oszołomiona, gotowa wziąć winę na siebie.
- To moja wina! - odezwała się niespodziewanie Hermiona. - Ja... ja chciałam się sprawdzić. Czytałam o górskich trollach i myślałam, że sobie poradzę. Ale gdyby nie Harry, Ron i Alex... to... to byłoby po mnie. Byłabym martwa - zakończyła głucho.
- Granger to... to skrajnie nieodpowiedzialne z twojej strony! Nie spodziewałam się tego po tobie. Minus dziesięć punktów dla Gryffindoru. Coś ty sobie myślała, dziewczyno?! - zawołała wzburzona nauczycielka, nie oczekując jednak od nikogo odpowiedzi. - A wy... - zwróciła się złowróżbnie do pozostałej trójki. - Nie wykonaliście polecenia dyrektora i złamaliście przynajmniej pięć punktów szkolnego regulaminu. Walka z górskim trollem to nie zajęcie dla uczniów pierwszej klasy! Nie da się jednak ukryć, że to dość... odważne z waszej strony i wymagało pomysłowości. Dlatego każde z was otrzymuje pięć punktów dla Gryffindoru - zakończyła łaskawie.
- Minervo, nie jestem pewien, czy to dobry pomysł - wtrącił się Snape. - To, że wszyscy przeżyli, to zwykły łut szczęścia. Nie wiem, czy nagradzanie ich to właściwe posunięcie.
- To uczniowie mojego domu, Severusie, więc ja decyduję, co z nimi będzie. Idźcie do swoich dormitoriów, musicie odpocząć. I, na brodę Merlina, nie ładujcie się po drodze w żadne nowe kłopoty!
Dotarli bez przeszkód do Pokoju Wspólnego, w którym panowała dziwna cisza. Wszyscy byli już chyba w łóżkach. Stanęli nieco skrępowani naprzeciw siebie, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
- Dzięki - odezwali się jednocześnie całą czwórką i uśmiechnęli się do siebie nieśmiało.
- To było bardzo dobre zaklęcie lewitujące, Ron - pochwaliła go Alex.
- Nie zapomnę go do końca życia - zapewnił Ron, zerkając kątem oka na Hermionę, która uśmiechnęła się blado.
- A ty uratowałaś mnie przed zmiażdżeniem - dodał Harry, patrząc z wdzięcznością na Alex. - Dziękuję.
- Drobiazg. Pomysł z próbą wydłubania mu oka też był niezły.
- Przypadek, serio - zbagatelizował chłopak.
- Uratowaliście mnie - zakończyła cicho Hermiona. - Dziękuję.
Uśmiechnęli się raz jeszcze do siebie i rozeszli w swoje strony. Chłopcy na lewo, a Alex z Hermioną na prawo do swoich sypialni.
Dopiero w dormitorium Alex w końcu nieco ochłonęła i dotarło do niej, co było nie tak. Jej różdżka leżała jak gdyby nigdy nic na nocnym stoliku. Tak, jak ją zostawiła przed ucztą.
___________
Ram-pam-pam, prezent Wam dam. Smutno mi, że nie komentujecie, ale wierzę na słowo, że czytacie. I lubicie. Bądź nie. Wen mnie chwycił straszliwy (to te zbliżające się egzaminy, na pewno - trzymaliście dziś za mnie kciuki?), więc jest szansa, że nadrobię moją nieplanowaną nieobecność.
A teraz wysyłam Wam migiem ten rozdział - Depulso!