- Harry! - Alex obudziła się z tym okrzykiem na ustach i gdyby mogła, zerwałaby się na równe nogi, jednak jej ciało było dziwnie ociężałe.
- Spokojnie, Alex. Twój brat jest cały i zdrowy, ale potrzebuje jeszcze trochę snu - uspokoił ją znajomy, kojący głos. - Na razie ja muszę ci wystarczyć, moja droga.
Alex rozejrzała się dookoła. Była w skrzydle szpitalnym, a z sąsiedniego łóżka, znad okularów połówek zerkał na nią profesor Dumbledore.
- Panie profesorze... Dostał pan wiadomość? Od Hermiony i Rona? Wiem, że nie powinniśmy tego robić, ale nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy chronić Kamień... - Alex usiadła i gwałtownie zaczęła tłumaczyć. Nie wiedziała, od czego zacząć - od wyjaśnień, których było bez liku, czy od pytań, których było jeszcze więcej.
- Nie, wiadomość do mnie nie dotarła, sam zorientowałem się, że nie powinienem opuszczać Hogwartu. - Dumbledore uśmiechnął się krótko. Alex odniosła dziwne wrażenie, że od samego początku wiedział, że wezwanie do Ministerstwa to bujda. Dlaczego więc opuścił szkołę...? - Najważniejsze, że jesteście oboje bezpieczni, a Voldemort nie dostał tego, czego chciał. Jest jednak sporo spraw, które pewnie nie dają ci spokoju, prawda, Alex?
- Czy on... żyje? Nie zabiliśmy go, prawda? On... wróci - zakończyła szeptem.
- Obawiam się, że tak, moja droga. Choć liczę na to, że zajmie mu to dużo więcej czasu. Muszę jednak przyznać, że poradziliście sobie z nim doskonale, Alex. Jednak spóźniłem się, gdyby nie ty, Voldemort zdołałby skrzywdzić Harry'ego. Nie wiem, czy wyszedłby z tego bez szwanku.
Alex wzdrygnęła się na wspomnienie szarego pyłu wiszącego nad nieprzytomnym Harrym.
- A więc... pan wie o moim darze, profesorze? - zapytała cicho.
- Owszem, otrzymałem stosowne wyjaśnienie od profesor McGonnagal, jednak cieszę się, że miałem okazję zobaczyć to na własne oczy. Doprawdy niezwykły to dar, Alex. - W oczach dyrektora dziewczynka dostrzegła coś na kształt podziwu. - Powinnaś o niego dbać.
- Ale... Profesor McGonnagal powiedziała mi, że nie powinnam się z nim afiszować - wyjąkała.
- Afiszować, owszem, nie - potwierdził Dumbledore. - Ale powinnaś go jak najbardziej rozwijać i zgłębiać. Kto wie, kiedy jeszcze ci się przyda. Wczoraj uratował wam obojgu życie. I to chyba nie raz, prawda? - Spojrzał na nią bystro. Jak na osobę nieobecną, wydawał się bardzo zorientowany.
Ale to przecież w końcu Dumbledore.
- Masz pewnie wiele pytań, Alex. - Dyrektor przerwał ciszę. - Pytaj, jeśli będę mógł, odpowiem.
Dziewczynka zamyśliła się. Pytań było tak wiele, że nie wiedziała, od czego zacząć. Postanowiła odpuścić te najbardziej oczywiste i skupić się na tych, których wyjaśnienie wydawało się jej najbardziej tajemnicze.
- Quirrel nie mógł znieść dotyku Harry'ego... - zaczęła. Pytanie właściwie miało dotyczyć czegoś innego, ale to też wymagało wyjaśnienia. - Dlaczego?
- Wasza matka stanęła pomiędzy nim, a właściwie wami, a Voldemortem. Tym, co powstrzymało go tej nocy przed zabiciem Harry'ego, była jej miłość. Jej miłość stworzyła tarczę, która go ochroniła i nadal chroni - wyjaśnił Dumbledore. - A miłość to jedyna rzecz, której Voldemort nie zna i nie potrafi zrozumieć. Jest dla niego tak obca, że nie jest w stanie znieść jej dotyku.
- Ale Quirrel przecież nie raz musiał dotykać Harry'ego wcześniej. Podać rękę, poklepać po ramieniu... - Alex próbowała sobie przypomnieć taką sytuację, ale okazało się, że nauczyciel jednak ograniczał kontakt, być może umyślnie.
- Owszem, choć podświadomie, bądź z polecenia Voldemorta unikał kontaktu. - Dumbledore jakby czytał w jej myślach. - A poza tym, w podziemiach miał miejsce jeszcze jeden akt prawdziwej miłości. Przypomnij sobie, Alex - dodał z lekkim uśmiechem, gdy dziewczynka zmarszczyła brwi. - Czyż nie stanęłaś pomiędzy Voldemortem i swoim bratem? Tak samo, jak wasza matka dziesięć lat wcześniej? Wczorajszego wieczora nie tylko jej miłość go ochroniła, ale także i twoja, Alex.
Dziewczynka nie wiedziała, co odrzec na te słowa. Postanowiła więc zadać kolejne pytanie.
- W tej komnacie nie mogliśmy się z Harrym porozumiewać swobodnie. A jednak, w jakiś sposób rozumieliśmy się bez słów. To głupie, ale wydaje mi się... Czy to możliwe, że... czytaliśmy sobie w myślach? - wyjąkała.
- Jeżeli masz na myśli legilimencję, Alex, to niestety nie. To bardzo złożona magia i nie sądzę, byście mieli korzystać z niej bez odpowiedniego przeszkolenia - zauważył Dumbledore. - Ale cóż, jesteście rodzeństwem i to bliźniaczym. Choć wychowano was osobno, to bardzo się ze sobą zżyliście i istniejąca między wami więź wciąż rośnie w siłę i będzie rosnąć nadal. Ta więź sprawia wrażenie, że czytacie sobie w myślach i być może po części tak jest.
Odpowiedź choć zawiła, zaspokoiła ciekawość Alex. Każda odpowiedź dyrektora budziła kolejne pytania, a dziewczynka ostatkiem sił powstrzymywała się, by nie zadać ich wszystkich na raz. Wydarzenia ostatnich godzin jednak schodziły na dalszy plan, znajdując się w cieniu pytania, które dręczyło Alex od początku roku, a wręcz od kilku dobrych lat.
- Panie profesorze, w tej komnacie... Miałam wrażenie, że Vol-... Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać mnie... nie zauważa. Jakby nie wiedział o moim istnieniu. - Alex zagryzła wargę, czując, że stąpa po niepewnym gruncie. - Zresztą, odkąd pojawiłam się w Hogwarcie mam wrażenie, że jestem jakby... papierową postacią. Wklejoną do rzeczywistości wbrew zasadom panującym we wszechświecie. Jakbym... wcześniej nie istniała i w momencie pojawienia się, próbowała wpasować ze swoją historią w przeszłość na siłę... - Nie wiedziała jak ubrać w słowa palący ją problem. - Myślałam początkowo, że po prostu moja historia ginie w cieniu legendy Harry'ego, ale czy aż do tego stopnia?
- Och, moja droga, obawiam się, że to moja wina. I zasługa, jednocześnie, oczywiście. - Dumbledore uśmiechnął się łagodnie, ale i przepraszająco. - I proszę, nie obawiaj się jego imienia. On chce, by ludzie bali się je wymawiać równie mocno co i jego samego.
- Dobrze, panie profesorze. - Alex kiwnęła głową. - Dlaczego więc Vol-Voldemort - zająknęła się - mnie nie poznał? Nie zauważył? Dopiero gdy profesor Quirrel wyjaśnił mu kim jestem, zdziwił się, że nie zginęłam w ruinach domu, po czym kompletnie stracił mną zainteresowanie. To znaczy, nie zabiegam o jego uwagę, ale... czyż to nie dziwne? - spytała.
- Masz prawo się dziwić, Alex. I reakcje ludzi, których spotkałaś w tym roku również mogą wydawać ci się nieadekwatne, ale to wszystko echa zaklęcia Dementia Maxima*, które rzuciłem na ciebie w dniu śmierci waszych rodziców.
- Co to za zaklęcie, panie profesorze? Nigdy o nim nie słyszałam. - Alex zmarszczyła brwi.
Dyrektor westchnął i przygarbił się nieco, jakby poczuł na barkach ogromny ciężar. Może i tak było. Dziewczynka odniosła wrażenie, że następne słowa profesora będą bardzo ważne. Być może zapytała o sprawy, które przerastają jedenastoletnią dziewczynkę.
- Moja droga Alex, muszę zacząć od tego, że Voldemort nigdy nie przywiązywał wagi do twojego istnienia. I to był jego pierwszy błąd. Być może nawet darowałby ci życie, gdyby sprawy potoczyły się inaczej, być może nawet darowałby je waszej matce, gdyby nie broniła mu ona dostępu do Harry'ego... Sprawy jednak potoczyły się tak, jak się potoczyły, twój brat przeżył Mordercze Zaklęcie i choć na pierwszy rzut oka tylko on znajdował się w niebezpieczeństwie, to obojgu wam trzeba było znaleźć bezpieczny dom.
Alex kiwnęła głową, dając znać, że rozumie. Ciekawiło ją co prawda, dlaczego akurat Harry był celem czarnoksiężnika, ale w końcu nie to ją teraz interesowało.
- Ale dlaczego osobno? - zapytała. To również nurtowało ją od dawna i nikt nie umiał zaspokoić jej ciekawości.
- Aby móc was lepiej chronić, Alex. Żałuję, że nie dało się inaczej. Razem zanadto zwracalibyście uwagę, nie dałoby się was wystarczająco dobrze ukryć. Poplecznicy Voldemorta planowali pomścić swojego pana. - Dumbledore ponownie westchnął. - W domu ciotki, Harry'ego chroniła krew waszej matki. Tobie nie mogłem tego zapewnić, musiałem znaleźć inny sposób. Tym sposobem było zaklęcie Dementia Maxima. Zaklęcie, które sprawiło, że...
- ...zniknęłam - wyszeptała domyślnie Alex.
- Dokładnie tak. Poza drobnymi wyjątkami, wszyscy, którzy cokolwiek o tobie wiedzieli, zapomnieli o tym. Działanie zaklęcia znikało przy bezpośrednim kontakcie. Przykro mi, Alex, że miałaś na początku kłopoty z powodu tego zaklęcia - przeprosił ją szczerze Dumbledore. - Niektórzy są bardziej podatni na działanie zaklęcia niż inni. Zwłaszcza, że musiało to być bardzo silne zaklęcie.
- Nie mam żalu, panie profesorze - zapewniła go dziewczynka. - Skoro to miało ochronić mnie i Harry'ego... Dlaczego jednak nie mogłam mieszkać dalej z Ravenami? - spytała. Mgliście pamiętała przyjaciół rodziców, ale w końcu była mała, gdy musiała się przeprowadzić.
- Pod opieką Ravenów chroniło cię także Zaklęcie Fideliusa - wyjaśnił Dumbledore. - Niestety, rodzice Tima zachorowali i musiał ruszyć się nimi zaopiekować do Australii, a tam siła zaklęcia by już nie działała. Musieliśmy znaleźć ci nowych opiekunów.
- Nie było nikogo znajomego? - zapytała. - Jakiegoś... przyjaciela?
Dyrektor zawahał się minimalnie.
- Nie, niestety.
Alex miała dziwne wrażenie, że nie był z nią do końca szczery. Ale w końcu miał do tego prawo. I tak powiedział jej bardzo wiele.
- Panie profesorze... Mam jeszcze dwa pytania, dobrze?
- Tylko dwa? - zaśmiał się. - No dobrze, słucham.
- Czy... powinnam powiedzieć o tym wszystkim Harry'emu? - spytała. - O naszej więzi, o tym zaklęciu... I tak dalej?
- To całkowicie twoja decyzja, Alex. Ale o ile wiem, nie chcesz mieć przed nim żadnych tajemnic, prawda? - Dyrektor zmierzył ją przenikliwym spojrzeniem, a dziewczynka zaczerwieniła się po czubek uszu.
- Nie chcę go przytłoczyć... dobrze, dziękuję za radę, profesorze. - Kiwnęła głową.
- A drugie pytanie? - przypomniał jej dyrektor.
- Ach, no tak! Będę mogła zagrać w jutrzejszym meczu? - zapytała z nadzieją.
Dumbledore zaśmiał się cicho.
- A to już pytanie nie do mnie, Alex. Może i jestem dyrektorem, ale w tej kwestii ostatnie słowo ma pani Pomfrey i nie śmiem się z nią kłócić. - Uśmiechnął się lekko i pomarszczoną ręką poklepał Alex po dłoni spoczywającej na powierzchni kołdry. - Cieszę się, że wyszliście z tego cało.
- Ja też, panie profesorze - odparła cicho, z smutnym uśmiechem.
Kiedy już została sama, już po rozmowie z panią Pomfrey, która łaskawie zgodziła się, by Alex wystartowała w ostatnim meczu w sezonie, raz jeszcze rozważyła słowa dyrektora. Głowa aż huczała jej od nadmiaru informacji, nie mogła doczekać się, aż podzieli się tym wszystkim z Harrym. I Hermioną i Ronem, oczywiście.
Choć... chyba nie wszystkim.
Nie chciała mieć przed przyjaciółmi tajemnic, ale czuła, że część tego, co przekazał jej dyrektor, jest zbyt prywatna, zbyt intymna. Sama dobrze jeszcze nie wiedziała, co o tym myśleć.
Mimo iż miała szczerą chęć powędrować na poszukiwanie brata, by upewnić się, że nic mu nie jest, zmęczona nadmiarem wrażeń po prostu zasnęła.
Następne dwa dni były bardzo intensywne, dlatego, gdy tylko dotarła do nich wiadomość, że Harry się obudził, popędzili do niego, by wszystko mu opowiedzieć. A było co.
Alex spała już drugą noc w swoim dormitorium. Pani Pomfrey cmokała i narzekała, ale nie mogła się przyczepić do niczego w jej stanie zdrowia i puściła ją w końcu prosto na mecz quidditcha. Zaraz po meczu dziewczyna spotkała się z przyjaciółmi i odwiedzili wciąż nieprzytomnego Harry'ego wraz z resztą drużyny. Nie mieli niestety czego świętować - mecz bez szukającego był skazany na porażkę, mimo iż Alex dwoiła się i troiła, żeby była to porażka z honorem. Prawie jej się udało, mecz zakończył się wynikiem 160 do 140 dla Puchonów. Wszyscy byli pod wrażeniem, nawet ich szukający podszedł potem do nich, by im pogratulować.
- To była świetna gra, Potter. Niewiele brakowało, a byście wygrali. Strach pomyśleć, co byście zrobili, gdybyście mieli choćby zapasowego szukającego, o Harrym nie wspominając.
Wood zresztą też nie mógł się tak całkiem smucić.
- Już myślałem... Że w tym roku - mamrotał pod nosem. - No nic, w takim razie za rok. Innej opcji nie ma. Musimy mieć szukającego wśród rezerwowych... Dlaczego my w ogóle nie mamy rezerwowych? Owszem, Alicja, ale ona przecież nie złapie znicza! I trzeba...
- Ollie. - Alex przerwała mu te nerwowe rozmyślania. - To był dobry mecz. Puściłeś tylko jednego gola i to jedynie dlatego, że tłuczek omal nie roztrzaskał ci miotły. Skup się na tym. I wyciągnij wnioski na przyszłość. Ale na spokojnie, gdy ochłoniesz.
- Masz rację, Lex. - Oliver uśmiechnął się. - To był bardzo dobry mecz. Ty byłaś bardzo dobra, fenomenalna wręcz! Strzeliłaś chyba z dziesięć goli!
- Dziewięć - poprawiła go skromnie, choć i przy pozostałych akcjach odegrała swoją rolę.
- I to po tym wszystkim, co przeszłaś...!
Uśmiechnęła się blado. Tak, biorąc pod uwagę okoliczności ten mecz był wspaniały. Szkoda tylko, że Harry nie mógł tego widzieć.
Ron i Hermiona wszystko jej opowiedzieli. O tym, jak Ron w miarę szybko doszedł do siebie po spotkaniu z figurami szachowymi, o tym, jak bez problemu przeszli przez salę z kluczami, jak Hermiona transmutowała kawałek diabelskich sideł w linę, dzięki której wrócili do komnaty z Puszkiem, którego uśpili za pomocą fletu...
- To był doskonały pomysł, by wziąć ten flet z powrotem - dodała, patrząc z wdzięcznością na Alex. - No a potem, gdy szliśmy do sowiarni, wpadliśmy na Dumbledora i dalej już wiesz.
Alex streściła im jedynie wydarzenia, które miały miejsce w ostatniej komnacie, twierdząc, że poczeka z konkretami na Harry'ego, by mieli pełniejszy obraz sytuacji.
- To było szalone, nie? - westchnął Ron. - Mogliśmy zginąć, mogli nas wyrzucić ze szkoły...
- Nadal mogą nas wyrzucić ze szkoły, Ron - zaoponowała Hermiona. - A poza tym...
- Cieszę się, że to zrobiliśmy - przerwała jej Alex. - Wiecie? Wbrew wszystkiemu udało się nam coś, co wydawało się niemożliwe. Zrobiliśmy coś dobrego.
- Myślisz, że nikt inny nie mógł tego zrobić? - zastanowiła się Hermiona. - Ktoś z nauczycieli? Ktokolwiek?
Alex zawahała się przed odpowiedzią. Przypomniała sobie rozmowę z dyrektorem. On zdawał się wiedzieć o wszystkim. A jednak to oni to wszystko zrobili. Quirrel oszukał największego czarodzieja w tym stuleciu, a nie zmydlił oczy czwórce pierwszoroczniaków? To było nie do pomyślenia!
- Myślę... Myślę, że to był prezent dla nas. Jakbyśmy... jakbyśmy dostali szansę, by uwiadomić sobie, na jak wiele nas stać - mruknęła.
- Ja tam twierdzę, że gdyby nie my, to Sami-Wiecie-Kto już by warzył sobie w podziemiach Eliksir Życia - odparł Ron. - Mówię wam, nie mogą nas teraz wyrzucić ze szkoły!
Alex nie słuchała dalej kłótni przyjaciół, bo dostrzegła jeszcze jedną postać siedzącą samotnie w kącie Pokoju Wspólnego. Od razu dopadły ją wyrzuty sumienia. Zapomnieli o tym, a jeszcze jedna kwestia wymagała wyjaśnienia.
- Neville? Możemy pogadać? - Dosiadła się pucułowatego chłopca.
Burknął coś, ale Alex nie zraziła się tym.
- Neville, słuchaj... Chciałam cię bardzo przeprosić za tamto. Mieliśmy bardzo ważną rzecz do zrobienia i za mało czasu na tłumaczenia. Musieliśmy postawić wszystko na jedną kartę - wyjaśniła. Neville nadal na nią nie patrzył. - Ale to w żaden sposób nie usprawiedliwia tego, co ci zrobiliśmy. Co ja ci zrobiłam - dodała ciszej. - Proszę, nie gniewaj się na nich. Jedyną osobą, na którą powinieneś być zły, jestem ja.
- Nie jestem zły na was, Alex - odpowiedział w końcu chłopiec niechętnie. - Tylko na siebie. Bo wy robiliście coś dobrego, ważnego, a ja chciałem was powstrzymać. Mały, głupi Neville - mruknął.
- To nie tak, Neville. - Dziewczynka odetchnęła głęboko. - To, co zrobiłeś, było bardzo odważne. Czasem ludzie, którzy mają jakąś misję są tak skupieni na dążeniu do jej wypełnienia, że zapominają, po co to robią. Potrzebują ludzi, którzy ostudzą ich zapał i pomogą twardo stanąć na ziemi. Ty jesteś taką osobą, Neville. Tym razem nie miałeś racji, ale tylko dlatego, że nie znałeś wszystkich faktów. - Alex zamilkła na moment, szukając odpowiednich słów. - Nie był byś dobrym przyjacielem, gdybyś nie próbował nas powstrzymać. To świadczy tylko o tym, że martwisz się o nas i o cały Dom. Niezależnie od efektu, intencje też się liczą. To nieprawda, że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło.
- Dzięki, Alex. - Neville uśmiechnął się w końcu. - To miłe, co mówisz, choć ja wiem, że jestem tyko i wyłącznie niezdarą.
- Tylko i wyłącznie tak długo, jak długo będziesz sam o sobie tak myślał - poprawiła go Alex, poklepując po ramieniu i wstała. - Idę do Harry'ego. Pani Pomfrey powiedziała, że możemy go zaraz odwiedzić, bo już może przyjmować gości.
- Alex, czy ty naprawdę... naprawdę uważasz mnie za przyjaciela? - zapytał jeszcze cicho Neville.
Dziewczynka uśmiechnęła się.
- To ja powinnam zapytać, czy aby na pewno zasłużyłam na twoją przyjaźń, Neville - odpowiedziała i wraz z Hermioną i Ronem przeszła przez dziurę pod portretem, by spotkać się z Harrym.
- Macie pięć minut - poinformowała ich sucho pani Pomfrey. - Pan Potter musi odpoczywać.
Hermiona i Ron przywitali wylewnie Harry'ego, a Alex tylko uśmiechnęła się lekko i usiadła na skraju jego łóżka. Brat odwzajemnił jej spojrzenie i z ciekawością wysłuchał tego, co przyjaciele mieli do powiedzenia. Wyjaśnił też im szczegółowo to, co już zdążyła opowiedzieć częściowo Alex. Ron i Hermiona stanęli na wysokości zadania i wydawali okrzyki grozy w odpowiednich momentach.
- Byłeś taki dzielny, Harry! - pisnęła na końcu Hermiona.
- Ale nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie Alex - odparł chłopak, patrząc z wdzięcznością na siostrę. - Bez niej nie dałbym rady. Bez was zresztą też.
- Jesteśmy przecież całkiem zgraną drużyną, nie? - odezwała się w końcu Alex.
Uśmiechnęła się do brata. Przypomniała sobie słowa Dumbledora i doszła do wniosku, że mają sobie do opowiedzenia znacznie więcej niż to, co da się przekazać w parę minut.
Ale z drugiej strony - mieli jeszcze na to czas. Teraz byli bezpieczni, rok szkolny dobiegał co prawda końca i znowu mieli rozjechać się do osobnych domów, ale przecież do tego czasu było jeszcze parę dni, a Harry wkrótce miał opuścić skrzydło szpitalne.
Mieli czas. I mnóstwo rzeczy do wyjaśnienia. Teraz jednak chciała powiedzieć mu tylko jedno.
- Harry, ja... - Alex otworzyła usta, jednak w tym momencie pani Pomfrey przypomniała sobie o ich obecności i natychmiast wyrzuciła ich na zewnątrz.
Dziewczynka jednak miała przeczucie, że brat mimo to zrozumiał, co chciała mu przekazać.
- Jeżeli masz na myśli legilimencję, Alex, to niestety nie. To bardzo złożona magia i nie sądzę, byście mieli korzystać z niej bez odpowiedniego przeszkolenia - zauważył Dumbledore. - Ale cóż, jesteście rodzeństwem i to bliźniaczym. Choć wychowano was osobno, to bardzo się ze sobą zżyliście i istniejąca między wami więź wciąż rośnie w siłę i będzie rosnąć nadal. Ta więź sprawia wrażenie, że czytacie sobie w myślach i być może po części tak jest.
Odpowiedź choć zawiła, zaspokoiła ciekawość Alex. Każda odpowiedź dyrektora budziła kolejne pytania, a dziewczynka ostatkiem sił powstrzymywała się, by nie zadać ich wszystkich na raz. Wydarzenia ostatnich godzin jednak schodziły na dalszy plan, znajdując się w cieniu pytania, które dręczyło Alex od początku roku, a wręcz od kilku dobrych lat.
- Panie profesorze, w tej komnacie... Miałam wrażenie, że Vol-... Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać mnie... nie zauważa. Jakby nie wiedział o moim istnieniu. - Alex zagryzła wargę, czując, że stąpa po niepewnym gruncie. - Zresztą, odkąd pojawiłam się w Hogwarcie mam wrażenie, że jestem jakby... papierową postacią. Wklejoną do rzeczywistości wbrew zasadom panującym we wszechświecie. Jakbym... wcześniej nie istniała i w momencie pojawienia się, próbowała wpasować ze swoją historią w przeszłość na siłę... - Nie wiedziała jak ubrać w słowa palący ją problem. - Myślałam początkowo, że po prostu moja historia ginie w cieniu legendy Harry'ego, ale czy aż do tego stopnia?
- Och, moja droga, obawiam się, że to moja wina. I zasługa, jednocześnie, oczywiście. - Dumbledore uśmiechnął się łagodnie, ale i przepraszająco. - I proszę, nie obawiaj się jego imienia. On chce, by ludzie bali się je wymawiać równie mocno co i jego samego.
- Dobrze, panie profesorze. - Alex kiwnęła głową. - Dlaczego więc Vol-Voldemort - zająknęła się - mnie nie poznał? Nie zauważył? Dopiero gdy profesor Quirrel wyjaśnił mu kim jestem, zdziwił się, że nie zginęłam w ruinach domu, po czym kompletnie stracił mną zainteresowanie. To znaczy, nie zabiegam o jego uwagę, ale... czyż to nie dziwne? - spytała.
- Masz prawo się dziwić, Alex. I reakcje ludzi, których spotkałaś w tym roku również mogą wydawać ci się nieadekwatne, ale to wszystko echa zaklęcia Dementia Maxima*, które rzuciłem na ciebie w dniu śmierci waszych rodziców.
- Co to za zaklęcie, panie profesorze? Nigdy o nim nie słyszałam. - Alex zmarszczyła brwi.
Dyrektor westchnął i przygarbił się nieco, jakby poczuł na barkach ogromny ciężar. Może i tak było. Dziewczynka odniosła wrażenie, że następne słowa profesora będą bardzo ważne. Być może zapytała o sprawy, które przerastają jedenastoletnią dziewczynkę.
- Moja droga Alex, muszę zacząć od tego, że Voldemort nigdy nie przywiązywał wagi do twojego istnienia. I to był jego pierwszy błąd. Być może nawet darowałby ci życie, gdyby sprawy potoczyły się inaczej, być może nawet darowałby je waszej matce, gdyby nie broniła mu ona dostępu do Harry'ego... Sprawy jednak potoczyły się tak, jak się potoczyły, twój brat przeżył Mordercze Zaklęcie i choć na pierwszy rzut oka tylko on znajdował się w niebezpieczeństwie, to obojgu wam trzeba było znaleźć bezpieczny dom.
Alex kiwnęła głową, dając znać, że rozumie. Ciekawiło ją co prawda, dlaczego akurat Harry był celem czarnoksiężnika, ale w końcu nie to ją teraz interesowało.
- Ale dlaczego osobno? - zapytała. To również nurtowało ją od dawna i nikt nie umiał zaspokoić jej ciekawości.
- Aby móc was lepiej chronić, Alex. Żałuję, że nie dało się inaczej. Razem zanadto zwracalibyście uwagę, nie dałoby się was wystarczająco dobrze ukryć. Poplecznicy Voldemorta planowali pomścić swojego pana. - Dumbledore ponownie westchnął. - W domu ciotki, Harry'ego chroniła krew waszej matki. Tobie nie mogłem tego zapewnić, musiałem znaleźć inny sposób. Tym sposobem było zaklęcie Dementia Maxima. Zaklęcie, które sprawiło, że...
- ...zniknęłam - wyszeptała domyślnie Alex.
- Dokładnie tak. Poza drobnymi wyjątkami, wszyscy, którzy cokolwiek o tobie wiedzieli, zapomnieli o tym. Działanie zaklęcia znikało przy bezpośrednim kontakcie. Przykro mi, Alex, że miałaś na początku kłopoty z powodu tego zaklęcia - przeprosił ją szczerze Dumbledore. - Niektórzy są bardziej podatni na działanie zaklęcia niż inni. Zwłaszcza, że musiało to być bardzo silne zaklęcie.
- Nie mam żalu, panie profesorze - zapewniła go dziewczynka. - Skoro to miało ochronić mnie i Harry'ego... Dlaczego jednak nie mogłam mieszkać dalej z Ravenami? - spytała. Mgliście pamiętała przyjaciół rodziców, ale w końcu była mała, gdy musiała się przeprowadzić.
- Pod opieką Ravenów chroniło cię także Zaklęcie Fideliusa - wyjaśnił Dumbledore. - Niestety, rodzice Tima zachorowali i musiał ruszyć się nimi zaopiekować do Australii, a tam siła zaklęcia by już nie działała. Musieliśmy znaleźć ci nowych opiekunów.
- Nie było nikogo znajomego? - zapytała. - Jakiegoś... przyjaciela?
Dyrektor zawahał się minimalnie.
- Nie, niestety.
Alex miała dziwne wrażenie, że nie był z nią do końca szczery. Ale w końcu miał do tego prawo. I tak powiedział jej bardzo wiele.
- Panie profesorze... Mam jeszcze dwa pytania, dobrze?
- Tylko dwa? - zaśmiał się. - No dobrze, słucham.
- Czy... powinnam powiedzieć o tym wszystkim Harry'emu? - spytała. - O naszej więzi, o tym zaklęciu... I tak dalej?
- To całkowicie twoja decyzja, Alex. Ale o ile wiem, nie chcesz mieć przed nim żadnych tajemnic, prawda? - Dyrektor zmierzył ją przenikliwym spojrzeniem, a dziewczynka zaczerwieniła się po czubek uszu.
- Nie chcę go przytłoczyć... dobrze, dziękuję za radę, profesorze. - Kiwnęła głową.
- A drugie pytanie? - przypomniał jej dyrektor.
- Ach, no tak! Będę mogła zagrać w jutrzejszym meczu? - zapytała z nadzieją.
Dumbledore zaśmiał się cicho.
- A to już pytanie nie do mnie, Alex. Może i jestem dyrektorem, ale w tej kwestii ostatnie słowo ma pani Pomfrey i nie śmiem się z nią kłócić. - Uśmiechnął się lekko i pomarszczoną ręką poklepał Alex po dłoni spoczywającej na powierzchni kołdry. - Cieszę się, że wyszliście z tego cało.
- Ja też, panie profesorze - odparła cicho, z smutnym uśmiechem.
Kiedy już została sama, już po rozmowie z panią Pomfrey, która łaskawie zgodziła się, by Alex wystartowała w ostatnim meczu w sezonie, raz jeszcze rozważyła słowa dyrektora. Głowa aż huczała jej od nadmiaru informacji, nie mogła doczekać się, aż podzieli się tym wszystkim z Harrym. I Hermioną i Ronem, oczywiście.
Choć... chyba nie wszystkim.
Nie chciała mieć przed przyjaciółmi tajemnic, ale czuła, że część tego, co przekazał jej dyrektor, jest zbyt prywatna, zbyt intymna. Sama dobrze jeszcze nie wiedziała, co o tym myśleć.
Mimo iż miała szczerą chęć powędrować na poszukiwanie brata, by upewnić się, że nic mu nie jest, zmęczona nadmiarem wrażeń po prostu zasnęła.
***
Następne dwa dni były bardzo intensywne, dlatego, gdy tylko dotarła do nich wiadomość, że Harry się obudził, popędzili do niego, by wszystko mu opowiedzieć. A było co.
Alex spała już drugą noc w swoim dormitorium. Pani Pomfrey cmokała i narzekała, ale nie mogła się przyczepić do niczego w jej stanie zdrowia i puściła ją w końcu prosto na mecz quidditcha. Zaraz po meczu dziewczyna spotkała się z przyjaciółmi i odwiedzili wciąż nieprzytomnego Harry'ego wraz z resztą drużyny. Nie mieli niestety czego świętować - mecz bez szukającego był skazany na porażkę, mimo iż Alex dwoiła się i troiła, żeby była to porażka z honorem. Prawie jej się udało, mecz zakończył się wynikiem 160 do 140 dla Puchonów. Wszyscy byli pod wrażeniem, nawet ich szukający podszedł potem do nich, by im pogratulować.
- To była świetna gra, Potter. Niewiele brakowało, a byście wygrali. Strach pomyśleć, co byście zrobili, gdybyście mieli choćby zapasowego szukającego, o Harrym nie wspominając.
Wood zresztą też nie mógł się tak całkiem smucić.
- Już myślałem... Że w tym roku - mamrotał pod nosem. - No nic, w takim razie za rok. Innej opcji nie ma. Musimy mieć szukającego wśród rezerwowych... Dlaczego my w ogóle nie mamy rezerwowych? Owszem, Alicja, ale ona przecież nie złapie znicza! I trzeba...
- Ollie. - Alex przerwała mu te nerwowe rozmyślania. - To był dobry mecz. Puściłeś tylko jednego gola i to jedynie dlatego, że tłuczek omal nie roztrzaskał ci miotły. Skup się na tym. I wyciągnij wnioski na przyszłość. Ale na spokojnie, gdy ochłoniesz.
- Masz rację, Lex. - Oliver uśmiechnął się. - To był bardzo dobry mecz. Ty byłaś bardzo dobra, fenomenalna wręcz! Strzeliłaś chyba z dziesięć goli!
- Dziewięć - poprawiła go skromnie, choć i przy pozostałych akcjach odegrała swoją rolę.
- I to po tym wszystkim, co przeszłaś...!
Uśmiechnęła się blado. Tak, biorąc pod uwagę okoliczności ten mecz był wspaniały. Szkoda tylko, że Harry nie mógł tego widzieć.
Ron i Hermiona wszystko jej opowiedzieli. O tym, jak Ron w miarę szybko doszedł do siebie po spotkaniu z figurami szachowymi, o tym, jak bez problemu przeszli przez salę z kluczami, jak Hermiona transmutowała kawałek diabelskich sideł w linę, dzięki której wrócili do komnaty z Puszkiem, którego uśpili za pomocą fletu...
- To był doskonały pomysł, by wziąć ten flet z powrotem - dodała, patrząc z wdzięcznością na Alex. - No a potem, gdy szliśmy do sowiarni, wpadliśmy na Dumbledora i dalej już wiesz.
Alex streściła im jedynie wydarzenia, które miały miejsce w ostatniej komnacie, twierdząc, że poczeka z konkretami na Harry'ego, by mieli pełniejszy obraz sytuacji.
- To było szalone, nie? - westchnął Ron. - Mogliśmy zginąć, mogli nas wyrzucić ze szkoły...
- Nadal mogą nas wyrzucić ze szkoły, Ron - zaoponowała Hermiona. - A poza tym...
- Cieszę się, że to zrobiliśmy - przerwała jej Alex. - Wiecie? Wbrew wszystkiemu udało się nam coś, co wydawało się niemożliwe. Zrobiliśmy coś dobrego.
- Myślisz, że nikt inny nie mógł tego zrobić? - zastanowiła się Hermiona. - Ktoś z nauczycieli? Ktokolwiek?
Alex zawahała się przed odpowiedzią. Przypomniała sobie rozmowę z dyrektorem. On zdawał się wiedzieć o wszystkim. A jednak to oni to wszystko zrobili. Quirrel oszukał największego czarodzieja w tym stuleciu, a nie zmydlił oczy czwórce pierwszoroczniaków? To było nie do pomyślenia!
- Myślę... Myślę, że to był prezent dla nas. Jakbyśmy... jakbyśmy dostali szansę, by uwiadomić sobie, na jak wiele nas stać - mruknęła.
- Ja tam twierdzę, że gdyby nie my, to Sami-Wiecie-Kto już by warzył sobie w podziemiach Eliksir Życia - odparł Ron. - Mówię wam, nie mogą nas teraz wyrzucić ze szkoły!
Alex nie słuchała dalej kłótni przyjaciół, bo dostrzegła jeszcze jedną postać siedzącą samotnie w kącie Pokoju Wspólnego. Od razu dopadły ją wyrzuty sumienia. Zapomnieli o tym, a jeszcze jedna kwestia wymagała wyjaśnienia.
- Neville? Możemy pogadać? - Dosiadła się pucułowatego chłopca.
Burknął coś, ale Alex nie zraziła się tym.
- Neville, słuchaj... Chciałam cię bardzo przeprosić za tamto. Mieliśmy bardzo ważną rzecz do zrobienia i za mało czasu na tłumaczenia. Musieliśmy postawić wszystko na jedną kartę - wyjaśniła. Neville nadal na nią nie patrzył. - Ale to w żaden sposób nie usprawiedliwia tego, co ci zrobiliśmy. Co ja ci zrobiłam - dodała ciszej. - Proszę, nie gniewaj się na nich. Jedyną osobą, na którą powinieneś być zły, jestem ja.
- Nie jestem zły na was, Alex - odpowiedział w końcu chłopiec niechętnie. - Tylko na siebie. Bo wy robiliście coś dobrego, ważnego, a ja chciałem was powstrzymać. Mały, głupi Neville - mruknął.
- To nie tak, Neville. - Dziewczynka odetchnęła głęboko. - To, co zrobiłeś, było bardzo odważne. Czasem ludzie, którzy mają jakąś misję są tak skupieni na dążeniu do jej wypełnienia, że zapominają, po co to robią. Potrzebują ludzi, którzy ostudzą ich zapał i pomogą twardo stanąć na ziemi. Ty jesteś taką osobą, Neville. Tym razem nie miałeś racji, ale tylko dlatego, że nie znałeś wszystkich faktów. - Alex zamilkła na moment, szukając odpowiednich słów. - Nie był byś dobrym przyjacielem, gdybyś nie próbował nas powstrzymać. To świadczy tylko o tym, że martwisz się o nas i o cały Dom. Niezależnie od efektu, intencje też się liczą. To nieprawda, że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło.
- Dzięki, Alex. - Neville uśmiechnął się w końcu. - To miłe, co mówisz, choć ja wiem, że jestem tyko i wyłącznie niezdarą.
- Tylko i wyłącznie tak długo, jak długo będziesz sam o sobie tak myślał - poprawiła go Alex, poklepując po ramieniu i wstała. - Idę do Harry'ego. Pani Pomfrey powiedziała, że możemy go zaraz odwiedzić, bo już może przyjmować gości.
- Alex, czy ty naprawdę... naprawdę uważasz mnie za przyjaciela? - zapytał jeszcze cicho Neville.
Dziewczynka uśmiechnęła się.
- To ja powinnam zapytać, czy aby na pewno zasłużyłam na twoją przyjaźń, Neville - odpowiedziała i wraz z Hermioną i Ronem przeszła przez dziurę pod portretem, by spotkać się z Harrym.
- Macie pięć minut - poinformowała ich sucho pani Pomfrey. - Pan Potter musi odpoczywać.
Hermiona i Ron przywitali wylewnie Harry'ego, a Alex tylko uśmiechnęła się lekko i usiadła na skraju jego łóżka. Brat odwzajemnił jej spojrzenie i z ciekawością wysłuchał tego, co przyjaciele mieli do powiedzenia. Wyjaśnił też im szczegółowo to, co już zdążyła opowiedzieć częściowo Alex. Ron i Hermiona stanęli na wysokości zadania i wydawali okrzyki grozy w odpowiednich momentach.
- Byłeś taki dzielny, Harry! - pisnęła na końcu Hermiona.
- Ale nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie Alex - odparł chłopak, patrząc z wdzięcznością na siostrę. - Bez niej nie dałbym rady. Bez was zresztą też.
- Jesteśmy przecież całkiem zgraną drużyną, nie? - odezwała się w końcu Alex.
Uśmiechnęła się do brata. Przypomniała sobie słowa Dumbledora i doszła do wniosku, że mają sobie do opowiedzenia znacznie więcej niż to, co da się przekazać w parę minut.
Ale z drugiej strony - mieli jeszcze na to czas. Teraz byli bezpieczni, rok szkolny dobiegał co prawda końca i znowu mieli rozjechać się do osobnych domów, ale przecież do tego czasu było jeszcze parę dni, a Harry wkrótce miał opuścić skrzydło szpitalne.
Mieli czas. I mnóstwo rzeczy do wyjaśnienia. Teraz jednak chciała powiedzieć mu tylko jedno.
- Harry, ja... - Alex otworzyła usta, jednak w tym momencie pani Pomfrey przypomniała sobie o ich obecności i natychmiast wyrzuciła ich na zewnątrz.
Dziewczynka jednak miała przeczucie, że brat mimo to zrozumiał, co chciała mu przekazać.
***
Harry został wypuszczony ze skrzydła szpitalnego dopiero w dniu uczty pożegnalnej. W międzyczasie Alex znalazła parę razy chwilę, by przemknąć się do niego, mimo czujności szkolnej pielęgniarki. Zresztą, miała wrażenie, że pani Pomfrey nieco przymyka oko na jej odwiedziny.
- Wtedy, w tej komnacie... - odezwał się w pewnym momencie Harry, podczas gdy Alex wybierała żółte fasolki z pudełka stojącego wśród prezentów na szpitalnym stoliku. Liczyła, że będą cytrynowe, ale na razie trafiła tylko na smak sików, kanarków oraz banana. - Ja cię usłyszałem. Choć nic nie mówiłaś. To znaczy, nie usłyszałem tylko...
- Wyczułeś moje emocje, mój nastrój - odparła spokojnie Alex. - Też nad tym myślałam, Harry. To chyba normalne, skoro jesteśmy rodzeństwem. Dorastaliśmy osobno, ale łączy nas szczególna więź. Wygląda na to, że będzie się robić coraz silniejsza. A przynajmniej mam taką nadzieję - dodała, rozgryzając kolejną fasolkę. Ta w końcu była cytrynowa.
- Czy ty też...? - Nie wiedział, jak ubrać to w słowa.
Alex skinęła głową.
- Wiedziałam, że zdobyłeś Kamień, Harry. Nie wiedziałam jak, nie wiedziałam kiedy, ale miałam poczucie, że rozwiązałeś ten problem. Po prostu wiedziałam. - Wzruszyła ramionami. - Myślę, że po prostu w jakiś sposób współdzielimy emocje. - Zerknęła na niego z ukosa. - Przeszkadza ci to?
Harry zawahał się odrobinę.
- Nie. Po prostu dziwię się, skąd to wiesz. Jesteś dużo mądrzejsza od kogokolwiek kogo znam, Alex. No, przynajmniej w naszym wieku.
- Nie jestem mądra. - Pokręciła głową. - No, dobra. Trochę jestem... Ale to, o czym mówisz, to raczej... po prostu przywykłam do patrzenia na świat z boku. Jakby moje życie nie do końca należało do mnie. Rozumiesz?
- Nie. - Harry pokręcił głową, po czym oboje zaczęli się śmiać. - Myślę, że Voldemort popełnił poważny błąd, nie doceniając cię - dodał poważniej. - Jesteś naprawdę dobrą czarownicą, Alex.
Dziewczynka zagryzła wargę i zamyśliła się, przetaczając między palcami ostatnią żółtą fasolkę. Nie była pewna, czy chce trzymać to w tajemnicy przed Harrym, ale ostatecznie nie zdecydowała się, by powiedzieć mu o swoim darze. To była sprawa pomiędzy nią a profesor McGonagall. I Dumbledorem, oczywiście.
Harry najwyraźniej nic nie zauważył, więc póki nie poruszał tego tematu, Alex nie czuła wyrzutów sumienia, że go okłamuje. Jeśli zapyta... jeśli zapyta, to mu powie. W końcu musieli trzymać się razem. Tak, jak powiedział centaur.
A jeśli chodzi o zaklęcie Dementia Maxima... Cóż. Jego działanie z dnia na dzień słabło, więc nie było sensu o tym wspominać. Ludzie już nie reagowali zdziwieniem, gdy przedstawiano ją jako siostrę Harry'ego. Wszystko było dobrze.
Szkoda tylko, że teraz nie mieli się widzieć przez całe dwa miesiące.
- No i gdzie on jest? - Ron rozglądał się po Wielkiej Sali. Uczta miała się za raz zacząć, a Harry'ego nigdzie nie było widać.
- Może pani Pomfrey go nie puściła? - zastanowiła się Hermiona, która siedziała obok niej.
- Zaraz będzie - uspokoiła ich Alex.
- Skąd wiesz?
- Po prostu wiem - ucięła temat.
Hermiona chciała coś jeszcze powiedzieć, ale w tym momencie dostrzegli przyjaciela w drzwiach Wielkiej Sali. Pomachali mu, by łatwiej było mu wypatrzyć ich w tłumie. Wszystkie spojrzenie koncentrowały się na Harrym. Co prawda, pozostali przyjaciele też wzbudzali zainteresowanie, ale przez ostatnich parę dni zdążyli się do tego przyzwyczaić, a poza tym zdążyło ono nieco osłabnąć.
- Ktoś tutaj jest sławny - mruknęła Alex, gdy usadowił się między nią a Ronem, a inni uczniowie wyciągali szyje, by lepiej mu się przyjrzeć, jakby zdążyli przez te parę dni zapomnieć jak wygląda.
- Tak? Zupełnie nie wiem, jakie to uczucie - odparł w podobnym tonie.
Uśmiechnęli się do siebie.
- Cii! Zaczyna się - syknęła Hermiona, gdy Dumbledore podszedł do mównicy.
Alex przeniosła wzrok na stół grona pedagogicznego, który podobnie jak i cała Wielka Sala przyozdobiony był barwami Slytherinu - zielenią i srebrem. Westchnęła ciężko. Mimo starań, Gryffindor pozostał na ostatnim, czwartym miejscu. Porażka, której przecież była współwinna, nie byłaby tak dotkliwa, gdyby Puchar Domów przypadł komukolwiek innemu. Wiedziała jednak, że Ślizgoni nie dadzą im zapomnieć o tej miażdżącej przewadze.
Dyrektor w swojej przemowie niestety nie pominął punktacji, tak że wszyscy usłyszeli, że Dom Lwa traci równe dwieście dziesięć punktów do wygranych. Alex chyba lepiej zniosła by myśl, że przegrali tylko dziesięcioma punktami. Nawet jednym punktem! Świadomość, że przepaść tych dwustu punktów jest tylko i wyłącznie ich zasługą była druzgocąca.
Ale cóż - nie mogli już nic z tym zrobić.
- Moi drodzy, w obliczu ostatnich wydarzeń mam jednak jeszcze parę punktów do rozdania... - Z ponurych rozmyślań wyrwał ją głos dyrektora. Czyżby się myliła? Może jednak nie będą tak całkiem ostatni?
- Pan Ronald Weasley - zaczął dyrektor, a Ron cały poczerwieniał, gdy dotarło do niego, że o nim mowa - za najlepiej rozegraną partię szachów w dziejach Hogwartu otrzymuje pięćdziesiąt punktów.
Rozległy się oklaski, które najmniej entuzjastycznie brzmiały przy stole Ślizgonów. Nawet Puchoni bili głośniej brawo, mimo iż właśnie spadli kosztem Gryfonów na czwarte miejsce w tabeli.
- Pani Hermiona Granger - kontynuował dyrektor - za wykazanie się chłodną logiką w obliczu ognia również otrzymuje pięćdziesiąt punktów.
Przy stole Gryfonów rozległy się wiwaty. Niemal o połowę odrobili stratę! Hermiona ukryła twarz w dłoniach, równie czerwona, co i Ron chwilę wcześniej.
- Co my tutaj mamy dalej... - zamyślił się Dumbledore. - A tak, Potter. Za zachowanie zimnej krwi i niebywałą odwagę pan Potter otrzymuje sześćdziesiąt punktów. Natomiast panna Potter, która wykazała się nadzwyczajną lojalnością oraz poświęceniem otrzymuje... - Dyrektor zawiesił głos, a atmosfera stała się napięta do granic możliwości. Wystarczyłoby, żeby otrzymała tyle samo puntów co Harry... Nawet nie! Jeden punkt więcej niż Hermiona albo Ron...
- Otrzymuje pięćdziesiąt punktów - dokończył dyrektor, a salę wypełniły dwojakiego rodzaju okrzyki. Część uczniów wiwatowała z powodu remisu ze Slytherinem, a druga część wydawała okrzyki zawodu również z tego samego powodu.
- Jednakże - Dumbledore nie musiał podnosić głosu, by salę wypełniła cisza jak makiem zasiał. - Są różne rodzaje męstwa. Potrzeba wielkiej odwagi, by stawić czoło wrogom, lecz jeszcze większego męstwa wymaga przeciwstawienie się przyjaciołom. Dlatego przyznaję dziesięć punktów Nevillowi Longbottomowi!
Aplauzu, który wybuchł w Wielkiej Sali nie dało opisać się słowami. Wszyscy uczniowie - oczywiście poza Ślizgonami - wiwatowali na cześć Gryfonów, którzy padali sobie w objęcia. Dyrektor w międzyczasie zmienił dekoracje na bardziej pasujące: czerwono-złote. Neville, siedzący równo naprzeciwko Alex wciąż nie dowierzał, że chodzi właśnie o niego.
- Widzisz, Neville? - ryknęła, bo inaczej nie dało się w tym momencie komunikować. - Mówiłam ci!
Nic więcej nie dodała, bo i tak by jej nie usłyszał.
Emocje nie opuszczały ich aż do końca kolacji. Co chwilę ktoś wznosił toasty ku ich czci, pytaniom i gratulacjom nie było końca. Wszyscy tłoczyli się wokół Harry'ego, co było oczywiste oraz wokół Neville'a, który stał się cichym bohaterem tego dnia. Alex, chcąc uniknąć zamieszania przesiadała się nieco bliżej Wooda i bliźniaków.
- Lojalność i poświęcenie. - Oliver zagwizdał z uznaniem. - To chyba całkiem trafna definicja ciebie, Lex.
Uśmiechnęła się lekko. Ollie zawsze miał dla niej kilka miłych słów w zanadrzu. Poza Harrym, Ronem i Hermioną był dla niej najbliższą osobą tutaj.
- Szkoda tylko quidditcha - westchnęła. - Ale nie można mieć wszystkiego, prawda? - Wzruszyła ramionami.
- Nadrobimy w przyszłym roku - obiecał jej Wood. - Z tobą i Harrym w drużynie nie ma opcji, żeby było inaczej. Lex - dodał po chwili wahania. - Mogę mieć prośbę?
- Tak? - Zerknęła na niego z ukosa, kątem oka dostrzegając zerkającą w ich kierunku Katie Bell. - Tylko nie proś mnie o podanie tamtego puddingu, nie wcisnę się tam teraz. - Wskazała kłębowisko przy przyjaciołach. Stojący tam jeżynowy pudding należał do ulubionych deserów Wooda.
- Spokojnie - zaśmiał się chłopak. - Miałem na myśli... napiszesz do mnie latem?
Alex zamrugała zaskoczona i skupiła wzrok na Oliverze.
- Co? - wydukała.
Wood zawstydził się nieco.
- Wiesz, mam zamiar przetestować kilka nowych technik w wakacje i potrzebuję kogoś, z kim będę mógł wymieniać uwagi. Nikt poza tobą nie zniesie mojego bełkotu w wolnym czasie - zaśmiał się. Alex miała wrażenie, że początkowo miał na myśli coś innego, ale nie drążyła tematu.
- Jasne, cokolwiek będziesz chciał. Tylko nie wiem, kiedy wróci moja sowa, więc może ty napisz do mnie, tak będzie bezpieczniej... O, moje krzesło się zwolniło - zawołała, zmieniając temat. - Chcesz tego puddingu? Potem może nie być okazji.
- Obejdzie się. I tak jestem już przejedzony.
Alex uśmiechnęła się i wróciła na swoje miejsce. Dopiero wtedy zauważyła, że Hermiona przygląda jej się z uwagą.
- No co?
- Nic. Katie Bell zjadła chyba wyjątkowo kwaśną galaretkę - rzuciła zupełnie bez sensu i ponownie wdała się w dyskusję z Percym Weasleyem na temat najlepszych mnemotechnik.
Mimo iż większość uczniów tak się przejadła podczas uczty, że niemal od razu poszli spać, Alex i Harry'ego roznosiła energia. Wraz z Ronem i Hermioną spędzili jeszcze kilka miłych chwil przy kominku w Pokoju Wspólnym. Rozegrali partię gargulków, a salon powoli się wyludniał. Ron i Hermiona też w końcu się z nimi pożegnali, twierdząc, że muszą się jeszcze spakować.
Rodzeństwo zostało samo.
- Hagrid dał mi dzisiaj prezent - odezwał się Harry. - Poczekaj.
Zniknął na chwilę w dormitorium, po czym wrócił z dosyć grubym albumem ze zdjęciami. Alex aż zaświeciły się oczy.
- Przejrzałem go pobieżnie, ale postanowiłem zaczekać na ciebie - powiedział Harry, rozsiadając się na dywanie przed kominkiem. Alex dosiadła się do niego i wspólnie zaczęli przeglądać zdjęcia.
Na większości byli ich rodzice - czasem sami, czasem w otoczeniu przyjaciół. Potem było kilka zdjęć, na których trzymali w ramionach dwoje niemowląt. Alex uśmiechnęła się, gdy zobaczyła jak mały Harry na zdjęciu próbuje złapać tatę za nos. Jeszcze dalej były zdjęcia jakiejś dużej grupy ludzi, a na samym końcu kilka zdjęć z czasów szkolnych. Na jednym z nich nie mogli być więcej niż dwa lata starsi od nich.
Podobieństwo było uderzające. Gdyby nie ubrania, można byłoby uznać, że na zdjęciach jest Alex. W przypadku Harry'ego było podobnie, choć nie zgadzał się kolor oczu - Harry miał zielone, tak samo jak siostra i mama, a James brązowe. Poza tym jedyną różnicą między nimi była blizna na czole Harry'ego. Nawet okulary nosili podobne!
- Myślisz, że byliby z nas dumni? - zapytała dziewczynka z zadumą.
- Mam nadzieję, że tak - odparł Harry. - Przepraszam, Alex - odezwał się nagle.
- Za co? - zdziwiła się.
- Nie wierzyłem ci na początku. Może się bałem, może nie ufałem dlatego, że nie przywykłem do myśli, że mam jakąkolwiek rodzinę poza Dursleyami... Ale nie powinienem był tak cię traktować. Przepraszam - powtórzył.
- To nie twoja wina, Harry. - Alex wzruszyła ramionami. - Miałeś prawo być zaskoczony. Potrzebowałeś czasu. Zresztą... - zawahała się. - Nie tylko ty nie mogłeś uwierzyć. Dumbledore włożył wiele wysiłku w to, by wszelki ślad po mnie zaginął. Żeby nas chronić. Żeby chronić ciebie.
Nie wchodziła w szczegóły, a Harry nie pytał. Dla świętego spokoju jednak zmieniła temat:
- A Dursleyowie? Jacy oni są? - zapytała z ciekawością. - Poza tym, że straszni i okropni, to już słyszałam - uprzedziła Harry'ego, który właśnie zamierzał to powiedzieć.
- Cóż... Właściwie to chyba woleliby, żebym zniknął. Całkowicie negują istnienie magii i czegokolwiek, co wykracza poza przyjęte przez nich normy, a ja im to wybitnie utrudniam. Chyba dlatego tak bardzo mnie nienawidzą...
- To twoja rodzina. Nasza - poprawiła się dziewczynka. - Na pewno w głębi serca, w jakiś sposób cię kochają.
- Wierz mi, ciężko bym się zdziwił. Hogwart to prawdziwe wybawienie - westchnął Harry. - Szkoda, że nie możemy spędzić lata razem.
- Ron zapraszał nas do siebie, nie mówił ci? - zdziwiła się Alex. - A no tak, byłeś w szpitalu. Cóż, musi to jeszcze uzgodnić z rodziną, ale na pewno da znać. Byłoby super, prawda?
- Na pewno! A... jak u ciebie? - zapytał z lekkim wahaniem Harry.
- W porządku. Ale jakby nie było, to obcy ludzie. Nie cieszę się na powrót. Nie dlatego, że jest mi tam źle, tylko po prostu...
- To nie jest dom - westchnął Harry, gdy Alex zawiesiła głos. - Dom jest tutaj.
- Dom jest tutaj - powtórzyła Alex, przewracając ostatnią stronę w albumie. - O, to właśnie Ravenowie! - zawołała, wskazując jedną z dwóch fotografii.
One również pochodziły z czasów szkolnych. Na jednym znajdował się roześmiany James wraz z trójką chłopaków w jego wieku. Mogli mieć nie więcej niż piętnaście lat. Natomiast na zdjęciu, które wskazała Alex była Lily, dwie dziewczyny oraz jeden chłopak, również w podobnym wieku. Dziewczynka pokazała mu dziewczynę, która na głowie miała burzę jasnoblond włosów stojącą obok chłopaka.
- To Eleen i Tim. Właściwie nie pamiętam ich dobrze, ale ta fryzura jest bardzo charakterystyczna! - Uśmiechnęła się, po czym nieco zmarkotniała. - Sandy nadal nie wróciła. Martwię się o nią.
- Poradzi sobie. Mam nadzieję, że udało jej się ich znaleźć... Szkoda, że nie są podpisane. - Wskazał zdjęcia.
- Możemy kiedyś dopytać Hagrida. - Alex ziewnęła. - Idziemy spać?
Harry kiwnął głową, ale wciąż było tyle spraw, o których chcieli jeszcze porozmawiać. I choć byli już senni, zmęczenie wzięło nad nimi górę dopiero nad ranem.
Alex nigdy nie lubiła się pakować. Było to zdecydowanie w pierwszej dziesiątce nielubianych przez nią rzeczy. A pakowanie się na drogę powrotną z Hogwartu plasowało się gdzieś na samej górze tej listy.
Mimo zarwanej nocy udało im się szybko zebrać, tak, że ich kufry na czas dotarły do holu, skąd miały zostać zapakowane do pociągu. Pożegnali się tylko z szkolnymi portretami i nauczycielami, bo na pożegnanie z kolegami był jeszcze czas - w końcu mieli przed sobą całodzienną podróż pociągiem.
Tym razem bez trudu znaleźli przedział - Alex, Harry, Ron, Hermiona i Neville. Od czasu do czasu ktoś zaglądał do środka, by zamienić kilka słów, ale poza tym nikt ich nie niepokoił.
- Napiszę do was, jak już rodzice się zgodzą - powiedział Ron. - Myślę, że możemy spędzić ostatnie tygodnie wakacji u mnie i razem pojechać do Hogwartu, co wy na to?
- Brzmi super. - Uśmiechnęła się Alex. - Mam nadzieję, że te wakacje szybko miną, już tęsknię.
- Tak, w przyszłym roku będziemy się uczyć tylu wspaniałych rzeczy! - emocjonowała się Hermiona. - Percy opowiadał mi, że...
- Ty pewnie już jutro zaczniesz wkuwać, Hermiono. - Ron wywrócił oczami, a dziewczyna prychnęła obrażona.
- Mam tylko nadzieję, że w przyszłym roku obejdzie się bez dodatkowych atrakcji - wtrąciła Alex.
- Chyba wykorzystaliśmy limit na następne dziesięć lat - zgodził się Harry.
W tym momencie drzwi przedziału otworzyły się i do środka zajrzały Angelina i Katie.
- Potter, pozwólcie na chwilę. Wood zarządził odprawę!
Alex i Harry spojrzeli na siebie zdziwieni, ale zgodnie podnieśli się i ruszyli na spotkanie z kapitanem. Wszyscy już stali zgromadzeni w przedziale dwa wagony dalej.
- No! - Wood powitał ich niecierpliwie. - Wiem, że już praktycznie wakacje, ale nie udało nam się spotkać w pełnym składzie na boisku i należycie pożegnać, więc chcę wam tylko powiedzieć, że macie ćwiczyć! Bez wyjątku, bez wymówek!
- Wood, ja mieszkam z mugolami, którzy nie tolerują magii w żadnej postaci - odezwał się Harry.
- Powiedziałem, bez wymówek, Potter! A we wrześniu bierzemy się ostro za treningi, jasne? W wakacje opracuję nowy plan treningowy, który...
- ...wyciśnie z nas wszystkie soki - westchnął teatralnie Fred.
- ...przerobi na miazgę - dodał George.
- Po prostu...
- ...totalnie nas...
- ...wykończy! - zakończyli chórem.
- Damy z siebie wszystko, Ollie - zapewniła go Alex, zanim ten zdążył zbesztać bliźniaków. - Możesz na nas liczyć. Czekam na twoje pomysły. Utemperuję jego mordercze zapędy, spokojnie - dodała scenicznym szeptem w kierunku reszty, co wywołało salwę śmiechu. Oliver też się uśmiechnął.
- Miłych wakacji wszystkim, w takim razie!
- Nawzajem!
- Dzięki, kapitanie!
Rozeszli się w swoich kierunkach. Alex uśmiechnęła się jeszcze do Wooda.
- Będę czekać na twoje listy, Ollie. Nawet jeśli niemal w stu procentach będą składać się z nowych planów treningowych.
Szturchnęła Harry'ego i wrócili do przedziału. A tam, czekała na nich miła niespodzianka.
- Sandy!
Hermiona karmiła piaskową sowę przysmakami, a Ron próbował odwiązać od jej nóżki sporych rozmiarów list. Alex i Harry natychmiast rzucili się na pomoc. Chłopiec pomógł przyjacielowi z listem, a jego siostra zajęła się swoją sową.
- Tak się martwiłam! Nie było jej prawie pół roku! - wykrzyknęła, uświadamiając sobie, że wysłała ją z listem przecież w okresie Bożego Narodzenia.
- Droga do Australii trochę trwa. Czytamy? - zapytał Harry, a Alex skinęła głową, zamknęła za sową drzwi do klatki, gdzie Sandy natychmiast zapadła w zasłużony sen i przysiadła się do brata. Przyjaciele dyskretnie dali im nieco prywatności wdając się w jakąś zażartą dyskusję, rodzeństwo jednak było już całkowicie pochłonięte treścią listu.
Kochani!
Oczywiście, że Was pamiętamy! Ciebie, Alex, oczywiście o wiele lepiej, z wiadomych powodów. Bardzo ucieszył nas Wasz list. Nie kontaktowaliśmy się ze względów bezpieczeństwa, teraz jednak bardzo chętnie pozostaniemy z Wami w kontakcie.
Pewnie martwiliście się o swoją sowę. Niestety miała parę nieprzyjemnych przygód podczas drogi i dotarła do nas w kiepskim stanie. Nie mogliśmy wypuścić jej z powrotem, póki całkiem nie doszła do siebie, stąd ta cała zwłoka. Następnym razem korzystajcie z sowiej poczty - mają świetnie opanowane przesyłki międzykontynentalne. Kosztuje to nieco więcej, ale trwa krócej, dzięki zmianom sów co kilkaset kilometrów i jest dla nich o wiele bezpieczniejsze.
Dobrze, to teraz przejdziemy do konkretów. Do listu dołączyliśmy kilka zdjęć z młodzieńczych czasów z opisami. Na większości jest Wasza mama i my, ponieważ w czasach szkolnych nie przyjaźniliśmy się jakoś bardzo z Waszym tatą... W każdym razie Eleen dołączyła też co ciekawsze (i mniej intymne) fragmenty swojego pamiętnika z tamtych czasów.
Mamy Wam tak wiele do opowiedzenia, że nawet nie wiemy, od czego zacząć. Z niecierpliwością wyczekiwaliśmy wieści o Was, ale tutaj wszystko dociera z opóźnieniem. Mamy nadzieję, że dobrze Wam tam, gdzie teraz jesteście. Poszukamy jeszcze jakichś pamiątek, a Wy napiszcie nam, co najbardziej Was interesuje.
Pozdrawiamy Was serdecznie,
ciocia Eleen i wujek Tim
Po przeczytaniu listu pokazali go przyjaciołom, a sami rzucili się na dołączone zdjęcia i fragmenty pamiętnika, pieczołowicie umieszczając je w otrzymanym od Hagrida albumie. Część zdjęć się powtarzała, niektóre postaci udało im się połączyć z właściwymi imionami. Na jednym ze zdjęć byli na przykład rodzice Neville'a!
- Nie jesteśmy sami, Harry - westchnęła z ulgą Alex. - Może i nic o nich nie wiemy, ale mamy szansę ich poznać. To nie to samo, nie wróci im życia, ale sprawi, że będą odrobinę bardziej prawdziwi. Namacalni. Obecni.
- To był doskonały pomysł, żeby do nich napisać. Dziękuję, Alex. - Harry uśmiechnął się.
Dziewczynka kiwnęła głową. Wiedziała, ile to dla niego znaczy.
- Weź album, a ja wezmę list i napiszę odpowiedź. Musisz mi przesłać swoje pytania! Albo napiszemy, jak będziemy u Rona, co?
Do końca podróży z rodzeństwem Potter nie było absolutnie żadnego kontaktu, zupełnie pochłonęły ich pamiątki rodzinne. Kiedy pociąg wtoczył się na stacje King's Cross, Harry westchnął ciężko.
- Teraz czekają mnie najgorsze dni. Chyba już zacznę odliczać do 1. września...
- Postaramy się uwolnić cię od nich jak najszybciej, stary. - Ron poklepał go po plecach, gdy wyciągali kufry na peron. - Powiem mamie, jak źle cię tam traktują, to na pewno zgodzi się, byś przyjechał już na początku sierpnia!
Koledzy żegnali się z nimi, machając i wołając ich po imieniu. Odpowiadali na okrzyki, machali na pożegnanie, powoli zmierzając ku wyjściu z peronu. Alex nagle zmarkotniała i zamilkła.
- Co jest? - Harry od razu wyczuł zamianę jej nastroju.
- Myślisz, że powinnam podejść i się przywitać? - spytała niepewnie. - To w końcu też moja rodzina...
- Jeśli chcesz... choć wątpię, by to cię uszczęśliwiło. I nie gwarantuję, że wuj nie dostanie wylewu na twój widok.
Alex uśmiechnęła się pod nosem.
- Chodźmy, Ron i Hermiona już przeszli.
Przyjaciele czekali na nich po drugiej stronie muru. Kilka metrów dalej rodzina Weasleyów była już w komplecie, na dworzec przyjechała nawet mała Ginny. Hermiona machała do dwójki nieco zdezorientowanych ludzi, którzy musieli być jej rodzicami, a spojrzenie Harry'ego od razu odszukało trójkę ewidentnie niezadowolonych z życia ludzi: wysoką, kościstą i ciemnowłosą kobietę, grubego i wąsatego mężczyznę oraz chłopaka, który był jego idealną kopią, choć mniej wąsiastą i nieco jednak wyższą niż szerszą.
- Jak rok? Trudny? - pierwsza podeszła do nich pani Weasley.
- Oj tak! - westchnęli chłopcy jednym głosem.
- Dziękuję za szalik, pani Weasley - dodała Alex, a ta uściskała ją mocno.
- Teraz już wiem, jakiego rozmiaru sweter będzie ci potrzebny. I w jakim kolorze, butelkowa zieleń pięknie podkreśli twoje oczy, kochanieńka!
Alex zaczerwieniła się lekko.
- Gotowy? - Usłyszeli pełne zniecierpliwienia burknięcie. - Pośpiesz się, nie mam całego dnia.
Harry pożegnał się z przyjaciółmi, obiecał, że będzie pisał i nieco niechętnie ruszył za wujem. Jedynym pocieszeniem dla niego był fakt, że wujostwo nie miało pojęcia o zakazie używania magii. To dawało mu niejaką przewagę. Być może będą dla niego milsi, jeśli będą przekonani, że w każdej chwili może pozamieniać ich w ropuchy.
Alex wahała się chwilę, odprowadzając Harry'ego wzrokiem. Ann i Toma nigdzie nie było jeszcze widać, wiedziała, że mogą się nieco spóźnić, ruszyła więc za nim.
- Dzień dobry! - przywitała się radośnie, wywołując zaskoczenie na twarzach całej trójki Dursleyów. Harry stłumił śmiech, dostrzegając przerażenie na twarzy wuja Vernona.
- Nie rozmawiamy z obcymi! - mruknął. Ciotka dla odmiany wydała z siebie jakieś zduszone prychnięcie, które brzmiało podejrzanie podobnie do "Lily".
- Ale ja nie jestem obca! Jestem Alex Potter, jesteśmy rodziną - wyjaśniła uprzejmie.
- Poniekąd. - Wuj cały poczerwieniał. Zapewne wystraszyła go możliwość, że będzie musiał wrócić do domu nie z jednym dziwadłem, a dwoma.
- Miło mi poznać, wujku. Ciociu. - Odwróciła się do Petunii, szukając w niej rodzinnego podobieństwa, ale na pierwszy rzut oka nie poznałaby, że są spokrewnione. - A ty musisz być Dudley! Harry dużo o tobie mówił - zwróciła się do kuzyna, który wyglądał na jeszcze bardziej przerażonego niż wuj.
Mina jej brata sugerowała, że ten zaraz udusi się ze śmiechu i że jest jej wdzięczny za osłodzenie tych pierwszych chwil wakacji.
- O, to moi opiekunowie, muszę już lecieć. Do zobaczenia, Harry!
Ann i Tom stali kawałek dalej, rozglądając się po rzedniejącym tłumie. Pomachała do nich energicznie, zwracając ich uwagę.
- Zadowolona z pierwszego roku? - zapytał Tom, biorąc od niej kufer.
- Tak, bardzo! Choć było trochę niebezpiecznie.
- Słyszeliśmy - odparła zmartwiona Ann. - Wstąpimy po drodze na lody? Opowiesz nam o wszystkim?
- Chyba noc by nas zastała! - zaśmiała się Alex. - Chyba wolę wrócić do domu i zjeść twoją szarlotkę, ciociu... Dobrze? To nie problem? - zmartwiła się.
- Nie, oczywiście, że nie. - Kobieta uśmiechnęła się ciepło i przytuliła dziewczynkę.
- Zmieniłaś się, Alex - zauważył Tom.
- Dowiedziałam się wiele o sobie i swojej rodzinie przez ten rok, wujku - odpowiedziała. - Jestem inna, to fakt, ale po prostu jestem bardziej sobą. Coraz lepiej rozumiem, co to znaczy.
- Wracajmy do domu - zarządziła Ann i ramię w ramię ruszyli ku wyjściu z dworca.
_____________
*to zaklęcie jest oczywiście całkowicie moim wymysłem.
- Wtedy, w tej komnacie... - odezwał się w pewnym momencie Harry, podczas gdy Alex wybierała żółte fasolki z pudełka stojącego wśród prezentów na szpitalnym stoliku. Liczyła, że będą cytrynowe, ale na razie trafiła tylko na smak sików, kanarków oraz banana. - Ja cię usłyszałem. Choć nic nie mówiłaś. To znaczy, nie usłyszałem tylko...
- Wyczułeś moje emocje, mój nastrój - odparła spokojnie Alex. - Też nad tym myślałam, Harry. To chyba normalne, skoro jesteśmy rodzeństwem. Dorastaliśmy osobno, ale łączy nas szczególna więź. Wygląda na to, że będzie się robić coraz silniejsza. A przynajmniej mam taką nadzieję - dodała, rozgryzając kolejną fasolkę. Ta w końcu była cytrynowa.
- Czy ty też...? - Nie wiedział, jak ubrać to w słowa.
Alex skinęła głową.
- Wiedziałam, że zdobyłeś Kamień, Harry. Nie wiedziałam jak, nie wiedziałam kiedy, ale miałam poczucie, że rozwiązałeś ten problem. Po prostu wiedziałam. - Wzruszyła ramionami. - Myślę, że po prostu w jakiś sposób współdzielimy emocje. - Zerknęła na niego z ukosa. - Przeszkadza ci to?
Harry zawahał się odrobinę.
- Nie. Po prostu dziwię się, skąd to wiesz. Jesteś dużo mądrzejsza od kogokolwiek kogo znam, Alex. No, przynajmniej w naszym wieku.
- Nie jestem mądra. - Pokręciła głową. - No, dobra. Trochę jestem... Ale to, o czym mówisz, to raczej... po prostu przywykłam do patrzenia na świat z boku. Jakby moje życie nie do końca należało do mnie. Rozumiesz?
- Nie. - Harry pokręcił głową, po czym oboje zaczęli się śmiać. - Myślę, że Voldemort popełnił poważny błąd, nie doceniając cię - dodał poważniej. - Jesteś naprawdę dobrą czarownicą, Alex.
Dziewczynka zagryzła wargę i zamyśliła się, przetaczając między palcami ostatnią żółtą fasolkę. Nie była pewna, czy chce trzymać to w tajemnicy przed Harrym, ale ostatecznie nie zdecydowała się, by powiedzieć mu o swoim darze. To była sprawa pomiędzy nią a profesor McGonagall. I Dumbledorem, oczywiście.
Harry najwyraźniej nic nie zauważył, więc póki nie poruszał tego tematu, Alex nie czuła wyrzutów sumienia, że go okłamuje. Jeśli zapyta... jeśli zapyta, to mu powie. W końcu musieli trzymać się razem. Tak, jak powiedział centaur.
A jeśli chodzi o zaklęcie Dementia Maxima... Cóż. Jego działanie z dnia na dzień słabło, więc nie było sensu o tym wspominać. Ludzie już nie reagowali zdziwieniem, gdy przedstawiano ją jako siostrę Harry'ego. Wszystko było dobrze.
Szkoda tylko, że teraz nie mieli się widzieć przez całe dwa miesiące.
***
- No i gdzie on jest? - Ron rozglądał się po Wielkiej Sali. Uczta miała się za raz zacząć, a Harry'ego nigdzie nie było widać.
- Może pani Pomfrey go nie puściła? - zastanowiła się Hermiona, która siedziała obok niej.
- Zaraz będzie - uspokoiła ich Alex.
- Skąd wiesz?
- Po prostu wiem - ucięła temat.
Hermiona chciała coś jeszcze powiedzieć, ale w tym momencie dostrzegli przyjaciela w drzwiach Wielkiej Sali. Pomachali mu, by łatwiej było mu wypatrzyć ich w tłumie. Wszystkie spojrzenie koncentrowały się na Harrym. Co prawda, pozostali przyjaciele też wzbudzali zainteresowanie, ale przez ostatnich parę dni zdążyli się do tego przyzwyczaić, a poza tym zdążyło ono nieco osłabnąć.
- Ktoś tutaj jest sławny - mruknęła Alex, gdy usadowił się między nią a Ronem, a inni uczniowie wyciągali szyje, by lepiej mu się przyjrzeć, jakby zdążyli przez te parę dni zapomnieć jak wygląda.
- Tak? Zupełnie nie wiem, jakie to uczucie - odparł w podobnym tonie.
Uśmiechnęli się do siebie.
- Cii! Zaczyna się - syknęła Hermiona, gdy Dumbledore podszedł do mównicy.
Alex przeniosła wzrok na stół grona pedagogicznego, który podobnie jak i cała Wielka Sala przyozdobiony był barwami Slytherinu - zielenią i srebrem. Westchnęła ciężko. Mimo starań, Gryffindor pozostał na ostatnim, czwartym miejscu. Porażka, której przecież była współwinna, nie byłaby tak dotkliwa, gdyby Puchar Domów przypadł komukolwiek innemu. Wiedziała jednak, że Ślizgoni nie dadzą im zapomnieć o tej miażdżącej przewadze.
Dyrektor w swojej przemowie niestety nie pominął punktacji, tak że wszyscy usłyszeli, że Dom Lwa traci równe dwieście dziesięć punktów do wygranych. Alex chyba lepiej zniosła by myśl, że przegrali tylko dziesięcioma punktami. Nawet jednym punktem! Świadomość, że przepaść tych dwustu punktów jest tylko i wyłącznie ich zasługą była druzgocąca.
Ale cóż - nie mogli już nic z tym zrobić.
- Moi drodzy, w obliczu ostatnich wydarzeń mam jednak jeszcze parę punktów do rozdania... - Z ponurych rozmyślań wyrwał ją głos dyrektora. Czyżby się myliła? Może jednak nie będą tak całkiem ostatni?
- Pan Ronald Weasley - zaczął dyrektor, a Ron cały poczerwieniał, gdy dotarło do niego, że o nim mowa - za najlepiej rozegraną partię szachów w dziejach Hogwartu otrzymuje pięćdziesiąt punktów.
Rozległy się oklaski, które najmniej entuzjastycznie brzmiały przy stole Ślizgonów. Nawet Puchoni bili głośniej brawo, mimo iż właśnie spadli kosztem Gryfonów na czwarte miejsce w tabeli.
- Pani Hermiona Granger - kontynuował dyrektor - za wykazanie się chłodną logiką w obliczu ognia również otrzymuje pięćdziesiąt punktów.
Przy stole Gryfonów rozległy się wiwaty. Niemal o połowę odrobili stratę! Hermiona ukryła twarz w dłoniach, równie czerwona, co i Ron chwilę wcześniej.
- Co my tutaj mamy dalej... - zamyślił się Dumbledore. - A tak, Potter. Za zachowanie zimnej krwi i niebywałą odwagę pan Potter otrzymuje sześćdziesiąt punktów. Natomiast panna Potter, która wykazała się nadzwyczajną lojalnością oraz poświęceniem otrzymuje... - Dyrektor zawiesił głos, a atmosfera stała się napięta do granic możliwości. Wystarczyłoby, żeby otrzymała tyle samo puntów co Harry... Nawet nie! Jeden punkt więcej niż Hermiona albo Ron...
- Otrzymuje pięćdziesiąt punktów - dokończył dyrektor, a salę wypełniły dwojakiego rodzaju okrzyki. Część uczniów wiwatowała z powodu remisu ze Slytherinem, a druga część wydawała okrzyki zawodu również z tego samego powodu.
- Jednakże - Dumbledore nie musiał podnosić głosu, by salę wypełniła cisza jak makiem zasiał. - Są różne rodzaje męstwa. Potrzeba wielkiej odwagi, by stawić czoło wrogom, lecz jeszcze większego męstwa wymaga przeciwstawienie się przyjaciołom. Dlatego przyznaję dziesięć punktów Nevillowi Longbottomowi!
Aplauzu, który wybuchł w Wielkiej Sali nie dało opisać się słowami. Wszyscy uczniowie - oczywiście poza Ślizgonami - wiwatowali na cześć Gryfonów, którzy padali sobie w objęcia. Dyrektor w międzyczasie zmienił dekoracje na bardziej pasujące: czerwono-złote. Neville, siedzący równo naprzeciwko Alex wciąż nie dowierzał, że chodzi właśnie o niego.
- Widzisz, Neville? - ryknęła, bo inaczej nie dało się w tym momencie komunikować. - Mówiłam ci!
Nic więcej nie dodała, bo i tak by jej nie usłyszał.
Emocje nie opuszczały ich aż do końca kolacji. Co chwilę ktoś wznosił toasty ku ich czci, pytaniom i gratulacjom nie było końca. Wszyscy tłoczyli się wokół Harry'ego, co było oczywiste oraz wokół Neville'a, który stał się cichym bohaterem tego dnia. Alex, chcąc uniknąć zamieszania przesiadała się nieco bliżej Wooda i bliźniaków.
- Lojalność i poświęcenie. - Oliver zagwizdał z uznaniem. - To chyba całkiem trafna definicja ciebie, Lex.
Uśmiechnęła się lekko. Ollie zawsze miał dla niej kilka miłych słów w zanadrzu. Poza Harrym, Ronem i Hermioną był dla niej najbliższą osobą tutaj.
- Szkoda tylko quidditcha - westchnęła. - Ale nie można mieć wszystkiego, prawda? - Wzruszyła ramionami.
- Nadrobimy w przyszłym roku - obiecał jej Wood. - Z tobą i Harrym w drużynie nie ma opcji, żeby było inaczej. Lex - dodał po chwili wahania. - Mogę mieć prośbę?
- Tak? - Zerknęła na niego z ukosa, kątem oka dostrzegając zerkającą w ich kierunku Katie Bell. - Tylko nie proś mnie o podanie tamtego puddingu, nie wcisnę się tam teraz. - Wskazała kłębowisko przy przyjaciołach. Stojący tam jeżynowy pudding należał do ulubionych deserów Wooda.
- Spokojnie - zaśmiał się chłopak. - Miałem na myśli... napiszesz do mnie latem?
Alex zamrugała zaskoczona i skupiła wzrok na Oliverze.
- Co? - wydukała.
Wood zawstydził się nieco.
- Wiesz, mam zamiar przetestować kilka nowych technik w wakacje i potrzebuję kogoś, z kim będę mógł wymieniać uwagi. Nikt poza tobą nie zniesie mojego bełkotu w wolnym czasie - zaśmiał się. Alex miała wrażenie, że początkowo miał na myśli coś innego, ale nie drążyła tematu.
- Jasne, cokolwiek będziesz chciał. Tylko nie wiem, kiedy wróci moja sowa, więc może ty napisz do mnie, tak będzie bezpieczniej... O, moje krzesło się zwolniło - zawołała, zmieniając temat. - Chcesz tego puddingu? Potem może nie być okazji.
- Obejdzie się. I tak jestem już przejedzony.
Alex uśmiechnęła się i wróciła na swoje miejsce. Dopiero wtedy zauważyła, że Hermiona przygląda jej się z uwagą.
- No co?
- Nic. Katie Bell zjadła chyba wyjątkowo kwaśną galaretkę - rzuciła zupełnie bez sensu i ponownie wdała się w dyskusję z Percym Weasleyem na temat najlepszych mnemotechnik.
***
Rodzeństwo zostało samo.
- Hagrid dał mi dzisiaj prezent - odezwał się Harry. - Poczekaj.
Zniknął na chwilę w dormitorium, po czym wrócił z dosyć grubym albumem ze zdjęciami. Alex aż zaświeciły się oczy.
- Przejrzałem go pobieżnie, ale postanowiłem zaczekać na ciebie - powiedział Harry, rozsiadając się na dywanie przed kominkiem. Alex dosiadła się do niego i wspólnie zaczęli przeglądać zdjęcia.
Na większości byli ich rodzice - czasem sami, czasem w otoczeniu przyjaciół. Potem było kilka zdjęć, na których trzymali w ramionach dwoje niemowląt. Alex uśmiechnęła się, gdy zobaczyła jak mały Harry na zdjęciu próbuje złapać tatę za nos. Jeszcze dalej były zdjęcia jakiejś dużej grupy ludzi, a na samym końcu kilka zdjęć z czasów szkolnych. Na jednym z nich nie mogli być więcej niż dwa lata starsi od nich.
Podobieństwo było uderzające. Gdyby nie ubrania, można byłoby uznać, że na zdjęciach jest Alex. W przypadku Harry'ego było podobnie, choć nie zgadzał się kolor oczu - Harry miał zielone, tak samo jak siostra i mama, a James brązowe. Poza tym jedyną różnicą między nimi była blizna na czole Harry'ego. Nawet okulary nosili podobne!
- Myślisz, że byliby z nas dumni? - zapytała dziewczynka z zadumą.
- Mam nadzieję, że tak - odparł Harry. - Przepraszam, Alex - odezwał się nagle.
- Za co? - zdziwiła się.
- Nie wierzyłem ci na początku. Może się bałem, może nie ufałem dlatego, że nie przywykłem do myśli, że mam jakąkolwiek rodzinę poza Dursleyami... Ale nie powinienem był tak cię traktować. Przepraszam - powtórzył.
- To nie twoja wina, Harry. - Alex wzruszyła ramionami. - Miałeś prawo być zaskoczony. Potrzebowałeś czasu. Zresztą... - zawahała się. - Nie tylko ty nie mogłeś uwierzyć. Dumbledore włożył wiele wysiłku w to, by wszelki ślad po mnie zaginął. Żeby nas chronić. Żeby chronić ciebie.
Nie wchodziła w szczegóły, a Harry nie pytał. Dla świętego spokoju jednak zmieniła temat:
- A Dursleyowie? Jacy oni są? - zapytała z ciekawością. - Poza tym, że straszni i okropni, to już słyszałam - uprzedziła Harry'ego, który właśnie zamierzał to powiedzieć.
- Cóż... Właściwie to chyba woleliby, żebym zniknął. Całkowicie negują istnienie magii i czegokolwiek, co wykracza poza przyjęte przez nich normy, a ja im to wybitnie utrudniam. Chyba dlatego tak bardzo mnie nienawidzą...
- To twoja rodzina. Nasza - poprawiła się dziewczynka. - Na pewno w głębi serca, w jakiś sposób cię kochają.
- Wierz mi, ciężko bym się zdziwił. Hogwart to prawdziwe wybawienie - westchnął Harry. - Szkoda, że nie możemy spędzić lata razem.
- Ron zapraszał nas do siebie, nie mówił ci? - zdziwiła się Alex. - A no tak, byłeś w szpitalu. Cóż, musi to jeszcze uzgodnić z rodziną, ale na pewno da znać. Byłoby super, prawda?
- Na pewno! A... jak u ciebie? - zapytał z lekkim wahaniem Harry.
- W porządku. Ale jakby nie było, to obcy ludzie. Nie cieszę się na powrót. Nie dlatego, że jest mi tam źle, tylko po prostu...
- To nie jest dom - westchnął Harry, gdy Alex zawiesiła głos. - Dom jest tutaj.
- Dom jest tutaj - powtórzyła Alex, przewracając ostatnią stronę w albumie. - O, to właśnie Ravenowie! - zawołała, wskazując jedną z dwóch fotografii.
One również pochodziły z czasów szkolnych. Na jednym znajdował się roześmiany James wraz z trójką chłopaków w jego wieku. Mogli mieć nie więcej niż piętnaście lat. Natomiast na zdjęciu, które wskazała Alex była Lily, dwie dziewczyny oraz jeden chłopak, również w podobnym wieku. Dziewczynka pokazała mu dziewczynę, która na głowie miała burzę jasnoblond włosów stojącą obok chłopaka.
- To Eleen i Tim. Właściwie nie pamiętam ich dobrze, ale ta fryzura jest bardzo charakterystyczna! - Uśmiechnęła się, po czym nieco zmarkotniała. - Sandy nadal nie wróciła. Martwię się o nią.
- Poradzi sobie. Mam nadzieję, że udało jej się ich znaleźć... Szkoda, że nie są podpisane. - Wskazał zdjęcia.
- Możemy kiedyś dopytać Hagrida. - Alex ziewnęła. - Idziemy spać?
Harry kiwnął głową, ale wciąż było tyle spraw, o których chcieli jeszcze porozmawiać. I choć byli już senni, zmęczenie wzięło nad nimi górę dopiero nad ranem.
***
Alex nigdy nie lubiła się pakować. Było to zdecydowanie w pierwszej dziesiątce nielubianych przez nią rzeczy. A pakowanie się na drogę powrotną z Hogwartu plasowało się gdzieś na samej górze tej listy.
Mimo zarwanej nocy udało im się szybko zebrać, tak, że ich kufry na czas dotarły do holu, skąd miały zostać zapakowane do pociągu. Pożegnali się tylko z szkolnymi portretami i nauczycielami, bo na pożegnanie z kolegami był jeszcze czas - w końcu mieli przed sobą całodzienną podróż pociągiem.
Tym razem bez trudu znaleźli przedział - Alex, Harry, Ron, Hermiona i Neville. Od czasu do czasu ktoś zaglądał do środka, by zamienić kilka słów, ale poza tym nikt ich nie niepokoił.
- Napiszę do was, jak już rodzice się zgodzą - powiedział Ron. - Myślę, że możemy spędzić ostatnie tygodnie wakacji u mnie i razem pojechać do Hogwartu, co wy na to?
- Brzmi super. - Uśmiechnęła się Alex. - Mam nadzieję, że te wakacje szybko miną, już tęsknię.
- Tak, w przyszłym roku będziemy się uczyć tylu wspaniałych rzeczy! - emocjonowała się Hermiona. - Percy opowiadał mi, że...
- Ty pewnie już jutro zaczniesz wkuwać, Hermiono. - Ron wywrócił oczami, a dziewczyna prychnęła obrażona.
- Mam tylko nadzieję, że w przyszłym roku obejdzie się bez dodatkowych atrakcji - wtrąciła Alex.
- Chyba wykorzystaliśmy limit na następne dziesięć lat - zgodził się Harry.
W tym momencie drzwi przedziału otworzyły się i do środka zajrzały Angelina i Katie.
- Potter, pozwólcie na chwilę. Wood zarządził odprawę!
Alex i Harry spojrzeli na siebie zdziwieni, ale zgodnie podnieśli się i ruszyli na spotkanie z kapitanem. Wszyscy już stali zgromadzeni w przedziale dwa wagony dalej.
- No! - Wood powitał ich niecierpliwie. - Wiem, że już praktycznie wakacje, ale nie udało nam się spotkać w pełnym składzie na boisku i należycie pożegnać, więc chcę wam tylko powiedzieć, że macie ćwiczyć! Bez wyjątku, bez wymówek!
- Wood, ja mieszkam z mugolami, którzy nie tolerują magii w żadnej postaci - odezwał się Harry.
- Powiedziałem, bez wymówek, Potter! A we wrześniu bierzemy się ostro za treningi, jasne? W wakacje opracuję nowy plan treningowy, który...
- ...wyciśnie z nas wszystkie soki - westchnął teatralnie Fred.
- ...przerobi na miazgę - dodał George.
- Po prostu...
- ...totalnie nas...
- ...wykończy! - zakończyli chórem.
- Damy z siebie wszystko, Ollie - zapewniła go Alex, zanim ten zdążył zbesztać bliźniaków. - Możesz na nas liczyć. Czekam na twoje pomysły. Utemperuję jego mordercze zapędy, spokojnie - dodała scenicznym szeptem w kierunku reszty, co wywołało salwę śmiechu. Oliver też się uśmiechnął.
- Miłych wakacji wszystkim, w takim razie!
- Nawzajem!
- Dzięki, kapitanie!
Rozeszli się w swoich kierunkach. Alex uśmiechnęła się jeszcze do Wooda.
- Będę czekać na twoje listy, Ollie. Nawet jeśli niemal w stu procentach będą składać się z nowych planów treningowych.
Szturchnęła Harry'ego i wrócili do przedziału. A tam, czekała na nich miła niespodzianka.
- Sandy!
Hermiona karmiła piaskową sowę przysmakami, a Ron próbował odwiązać od jej nóżki sporych rozmiarów list. Alex i Harry natychmiast rzucili się na pomoc. Chłopiec pomógł przyjacielowi z listem, a jego siostra zajęła się swoją sową.
- Tak się martwiłam! Nie było jej prawie pół roku! - wykrzyknęła, uświadamiając sobie, że wysłała ją z listem przecież w okresie Bożego Narodzenia.
- Droga do Australii trochę trwa. Czytamy? - zapytał Harry, a Alex skinęła głową, zamknęła za sową drzwi do klatki, gdzie Sandy natychmiast zapadła w zasłużony sen i przysiadła się do brata. Przyjaciele dyskretnie dali im nieco prywatności wdając się w jakąś zażartą dyskusję, rodzeństwo jednak było już całkowicie pochłonięte treścią listu.
Kochani!
Oczywiście, że Was pamiętamy! Ciebie, Alex, oczywiście o wiele lepiej, z wiadomych powodów. Bardzo ucieszył nas Wasz list. Nie kontaktowaliśmy się ze względów bezpieczeństwa, teraz jednak bardzo chętnie pozostaniemy z Wami w kontakcie.
Pewnie martwiliście się o swoją sowę. Niestety miała parę nieprzyjemnych przygód podczas drogi i dotarła do nas w kiepskim stanie. Nie mogliśmy wypuścić jej z powrotem, póki całkiem nie doszła do siebie, stąd ta cała zwłoka. Następnym razem korzystajcie z sowiej poczty - mają świetnie opanowane przesyłki międzykontynentalne. Kosztuje to nieco więcej, ale trwa krócej, dzięki zmianom sów co kilkaset kilometrów i jest dla nich o wiele bezpieczniejsze.
Dobrze, to teraz przejdziemy do konkretów. Do listu dołączyliśmy kilka zdjęć z młodzieńczych czasów z opisami. Na większości jest Wasza mama i my, ponieważ w czasach szkolnych nie przyjaźniliśmy się jakoś bardzo z Waszym tatą... W każdym razie Eleen dołączyła też co ciekawsze (i mniej intymne) fragmenty swojego pamiętnika z tamtych czasów.
Mamy Wam tak wiele do opowiedzenia, że nawet nie wiemy, od czego zacząć. Z niecierpliwością wyczekiwaliśmy wieści o Was, ale tutaj wszystko dociera z opóźnieniem. Mamy nadzieję, że dobrze Wam tam, gdzie teraz jesteście. Poszukamy jeszcze jakichś pamiątek, a Wy napiszcie nam, co najbardziej Was interesuje.
Pozdrawiamy Was serdecznie,
ciocia Eleen i wujek Tim
Po przeczytaniu listu pokazali go przyjaciołom, a sami rzucili się na dołączone zdjęcia i fragmenty pamiętnika, pieczołowicie umieszczając je w otrzymanym od Hagrida albumie. Część zdjęć się powtarzała, niektóre postaci udało im się połączyć z właściwymi imionami. Na jednym ze zdjęć byli na przykład rodzice Neville'a!
- Nie jesteśmy sami, Harry - westchnęła z ulgą Alex. - Może i nic o nich nie wiemy, ale mamy szansę ich poznać. To nie to samo, nie wróci im życia, ale sprawi, że będą odrobinę bardziej prawdziwi. Namacalni. Obecni.
- To był doskonały pomysł, żeby do nich napisać. Dziękuję, Alex. - Harry uśmiechnął się.
Dziewczynka kiwnęła głową. Wiedziała, ile to dla niego znaczy.
- Weź album, a ja wezmę list i napiszę odpowiedź. Musisz mi przesłać swoje pytania! Albo napiszemy, jak będziemy u Rona, co?
Do końca podróży z rodzeństwem Potter nie było absolutnie żadnego kontaktu, zupełnie pochłonęły ich pamiątki rodzinne. Kiedy pociąg wtoczył się na stacje King's Cross, Harry westchnął ciężko.
- Teraz czekają mnie najgorsze dni. Chyba już zacznę odliczać do 1. września...
- Postaramy się uwolnić cię od nich jak najszybciej, stary. - Ron poklepał go po plecach, gdy wyciągali kufry na peron. - Powiem mamie, jak źle cię tam traktują, to na pewno zgodzi się, byś przyjechał już na początku sierpnia!
Koledzy żegnali się z nimi, machając i wołając ich po imieniu. Odpowiadali na okrzyki, machali na pożegnanie, powoli zmierzając ku wyjściu z peronu. Alex nagle zmarkotniała i zamilkła.
- Co jest? - Harry od razu wyczuł zamianę jej nastroju.
- Myślisz, że powinnam podejść i się przywitać? - spytała niepewnie. - To w końcu też moja rodzina...
- Jeśli chcesz... choć wątpię, by to cię uszczęśliwiło. I nie gwarantuję, że wuj nie dostanie wylewu na twój widok.
Alex uśmiechnęła się pod nosem.
- Chodźmy, Ron i Hermiona już przeszli.
Przyjaciele czekali na nich po drugiej stronie muru. Kilka metrów dalej rodzina Weasleyów była już w komplecie, na dworzec przyjechała nawet mała Ginny. Hermiona machała do dwójki nieco zdezorientowanych ludzi, którzy musieli być jej rodzicami, a spojrzenie Harry'ego od razu odszukało trójkę ewidentnie niezadowolonych z życia ludzi: wysoką, kościstą i ciemnowłosą kobietę, grubego i wąsatego mężczyznę oraz chłopaka, który był jego idealną kopią, choć mniej wąsiastą i nieco jednak wyższą niż szerszą.
- Jak rok? Trudny? - pierwsza podeszła do nich pani Weasley.
- Oj tak! - westchnęli chłopcy jednym głosem.
- Dziękuję za szalik, pani Weasley - dodała Alex, a ta uściskała ją mocno.
- Teraz już wiem, jakiego rozmiaru sweter będzie ci potrzebny. I w jakim kolorze, butelkowa zieleń pięknie podkreśli twoje oczy, kochanieńka!
Alex zaczerwieniła się lekko.
- Gotowy? - Usłyszeli pełne zniecierpliwienia burknięcie. - Pośpiesz się, nie mam całego dnia.
Harry pożegnał się z przyjaciółmi, obiecał, że będzie pisał i nieco niechętnie ruszył za wujem. Jedynym pocieszeniem dla niego był fakt, że wujostwo nie miało pojęcia o zakazie używania magii. To dawało mu niejaką przewagę. Być może będą dla niego milsi, jeśli będą przekonani, że w każdej chwili może pozamieniać ich w ropuchy.
Alex wahała się chwilę, odprowadzając Harry'ego wzrokiem. Ann i Toma nigdzie nie było jeszcze widać, wiedziała, że mogą się nieco spóźnić, ruszyła więc za nim.
- Dzień dobry! - przywitała się radośnie, wywołując zaskoczenie na twarzach całej trójki Dursleyów. Harry stłumił śmiech, dostrzegając przerażenie na twarzy wuja Vernona.
- Nie rozmawiamy z obcymi! - mruknął. Ciotka dla odmiany wydała z siebie jakieś zduszone prychnięcie, które brzmiało podejrzanie podobnie do "Lily".
- Ale ja nie jestem obca! Jestem Alex Potter, jesteśmy rodziną - wyjaśniła uprzejmie.
- Poniekąd. - Wuj cały poczerwieniał. Zapewne wystraszyła go możliwość, że będzie musiał wrócić do domu nie z jednym dziwadłem, a dwoma.
- Miło mi poznać, wujku. Ciociu. - Odwróciła się do Petunii, szukając w niej rodzinnego podobieństwa, ale na pierwszy rzut oka nie poznałaby, że są spokrewnione. - A ty musisz być Dudley! Harry dużo o tobie mówił - zwróciła się do kuzyna, który wyglądał na jeszcze bardziej przerażonego niż wuj.
Mina jej brata sugerowała, że ten zaraz udusi się ze śmiechu i że jest jej wdzięczny za osłodzenie tych pierwszych chwil wakacji.
- O, to moi opiekunowie, muszę już lecieć. Do zobaczenia, Harry!
Ann i Tom stali kawałek dalej, rozglądając się po rzedniejącym tłumie. Pomachała do nich energicznie, zwracając ich uwagę.
- Zadowolona z pierwszego roku? - zapytał Tom, biorąc od niej kufer.
- Tak, bardzo! Choć było trochę niebezpiecznie.
- Słyszeliśmy - odparła zmartwiona Ann. - Wstąpimy po drodze na lody? Opowiesz nam o wszystkim?
- Chyba noc by nas zastała! - zaśmiała się Alex. - Chyba wolę wrócić do domu i zjeść twoją szarlotkę, ciociu... Dobrze? To nie problem? - zmartwiła się.
- Nie, oczywiście, że nie. - Kobieta uśmiechnęła się ciepło i przytuliła dziewczynkę.
- Zmieniłaś się, Alex - zauważył Tom.
- Dowiedziałam się wiele o sobie i swojej rodzinie przez ten rok, wujku - odpowiedziała. - Jestem inna, to fakt, ale po prostu jestem bardziej sobą. Coraz lepiej rozumiem, co to znaczy.
- Wracajmy do domu - zarządziła Ann i ramię w ramię ruszyli ku wyjściu z dworca.
_____________
*to zaklęcie jest oczywiście całkowicie moim wymysłem.
Miałam skończyć "Kamień filozoficzny" do końca roku 2019. Nie wyszło. Siedziałam 2 miesiące w domu z wiadomych powodów, a rozdział nie powstał. Powstał teraz, kiedy powinnam pisać pracę magisterską... Cóż. Jak to się mówi - dissapointed, but not suprised.
Chyba od razu wezmę się za "Komnatę", skoro tak dobrze mi idzie, co?