Po powrocie po przerwie świątecznej, Hermiona była zdegustowana brakiem postępów w poszukiwaniach Flamela. Sama, zgodnie z jej słowami, przetrząsnęła dostępne jej mugolskie książki, jednak również musiała uznać swoją porażkę. Skończyły im się pomysły, gdzie jeszcze mogliby szukać.
- Może zapytajmy jakiegoś nauczyciela? - westchnęła beznadziejnie Alex, ale wspólnie stwierdzili, że nie są aż tak zdesperowani. Zresztą wątpliwe jest, by ktokolwiek zechciał im udzielić informacji na ten temat, skoro najwyraźniej ta tajemnicza postać była tak trudna do znalezienia.
Jednak niedługo potem Flamel wypadł im zupełnie z głowy. Zbliżał się kolejny mecz quidditcha, tym razem z Puchonami i Wood zdwoił wysiłki na treningach. Nie odpuszczał im nawet weekendów, spędzali na boisku piętnaście godzin tygodniowo, niezależnie od pogody, temperatury i zbliżających się egzaminów.
- W tym roku Puchar będzie nasz! - zapowiadał buńczucznie kapitan, co reszta drużyny kwitowała ciężkimi westchnieniami.
- Nikt w to nie wątpi, Wood - zapewniła go Alex. - Czy możemy wracać do zamku? Mam błoto w miejscach, w których nie powinnam go mieć i jak zaraz nie wezmę prysznica, to zeświruję - zagroziła i obrońca łaskawie ustąpił, skracając trening "w sposób drastyczny i niedopuszczalny".
Zrównali się krokiem, gdy wracali do zamku.
- Powinniśmy jeszcze raz przećwiczyć to podwójne podanie. I manewr z podkręconym tłuczkiem - odezwał się Wood gorączkowo. - Katie musi jeszcze poprawić celność skośnych podań, a ty dogrywanie akcji z lewej strony boiska, masz tendencję do zbyt mocnego podkręcania piłek w prawo i Angelina traci impet odbierając podanie. No, a Harry...
- Wood - przerwała mu Alex stanowczo, łapiąc go za łokieć. - Będzie dobrze, wyluzuj. Masz najlepszą ekipę pod słońcem, nie? - Szturchnęła go w ramię i wskazała przypinkę, którą od niego dostała. Zawsze miała ją przyczepioną do szaty podczas treningu, zabezpieczoną zaklęciem, żeby jej nie zgubić.
- Tak. - Odwzajemnił uśmiech, nieco uspokojony. - Masz rację, przesadzam. Przepraszam, Lex.
- Nie ma sprawy. Widzimy się na kolacji?
- Tak, do zobaczenia. - Pomachał jej na pożegnanie i rozeszli się w swoje strony.
Zobaczyli się jednak szybciej, niż planowali.
- Snape sędziuje - oznajmił ponuro Wood, gromadząc wokół siebie drużynę Gryfonów w Pokoju Wspólnym, podczas nagle zwołanego zebrania.
- Cooo?! - wykrzyknęli jednocześnie bliźniacy i Harry. - Jak to? Dlaczego? - dopytywał się ten ostatni.
- Przecież on nigdy nie sędziuje! - zdziwił się Ron, który siedział wraz z Hermioną przy stoliku nieopodal. - Skąd ta zamiana? - Podnieśli się oboje i dołączyli do dyskutującej drużyny.
- Nie wiem, ale musimy grać perfekcyjnie czysto. - Mina Wooda była więcej niż pochmurna. - Odejmie nam punkty za najmniejsze przewinienie. Żadnych markowanych fauli, tylko krystaliczne czyste zagrania, jasne?
- Może zapytajmy jakiegoś nauczyciela? - westchnęła beznadziejnie Alex, ale wspólnie stwierdzili, że nie są aż tak zdesperowani. Zresztą wątpliwe jest, by ktokolwiek zechciał im udzielić informacji na ten temat, skoro najwyraźniej ta tajemnicza postać była tak trudna do znalezienia.
Jednak niedługo potem Flamel wypadł im zupełnie z głowy. Zbliżał się kolejny mecz quidditcha, tym razem z Puchonami i Wood zdwoił wysiłki na treningach. Nie odpuszczał im nawet weekendów, spędzali na boisku piętnaście godzin tygodniowo, niezależnie od pogody, temperatury i zbliżających się egzaminów.
- W tym roku Puchar będzie nasz! - zapowiadał buńczucznie kapitan, co reszta drużyny kwitowała ciężkimi westchnieniami.
- Nikt w to nie wątpi, Wood - zapewniła go Alex. - Czy możemy wracać do zamku? Mam błoto w miejscach, w których nie powinnam go mieć i jak zaraz nie wezmę prysznica, to zeświruję - zagroziła i obrońca łaskawie ustąpił, skracając trening "w sposób drastyczny i niedopuszczalny".
Zrównali się krokiem, gdy wracali do zamku.
- Powinniśmy jeszcze raz przećwiczyć to podwójne podanie. I manewr z podkręconym tłuczkiem - odezwał się Wood gorączkowo. - Katie musi jeszcze poprawić celność skośnych podań, a ty dogrywanie akcji z lewej strony boiska, masz tendencję do zbyt mocnego podkręcania piłek w prawo i Angelina traci impet odbierając podanie. No, a Harry...
- Wood - przerwała mu Alex stanowczo, łapiąc go za łokieć. - Będzie dobrze, wyluzuj. Masz najlepszą ekipę pod słońcem, nie? - Szturchnęła go w ramię i wskazała przypinkę, którą od niego dostała. Zawsze miała ją przyczepioną do szaty podczas treningu, zabezpieczoną zaklęciem, żeby jej nie zgubić.
- Tak. - Odwzajemnił uśmiech, nieco uspokojony. - Masz rację, przesadzam. Przepraszam, Lex.
- Nie ma sprawy. Widzimy się na kolacji?
- Tak, do zobaczenia. - Pomachał jej na pożegnanie i rozeszli się w swoje strony.
Zobaczyli się jednak szybciej, niż planowali.
- Snape sędziuje - oznajmił ponuro Wood, gromadząc wokół siebie drużynę Gryfonów w Pokoju Wspólnym, podczas nagle zwołanego zebrania.
- Cooo?! - wykrzyknęli jednocześnie bliźniacy i Harry. - Jak to? Dlaczego? - dopytywał się ten ostatni.
- Przecież on nigdy nie sędziuje! - zdziwił się Ron, który siedział wraz z Hermioną przy stoliku nieopodal. - Skąd ta zamiana? - Podnieśli się oboje i dołączyli do dyskutującej drużyny.
- Nie wiem, ale musimy grać perfekcyjnie czysto. - Mina Wooda była więcej niż pochmurna. - Odejmie nam punkty za najmniejsze przewinienie. Żadnych markowanych fauli, tylko krystaliczne czyste zagrania, jasne?
Naradzali się jeszcze przez kilka minut, nim kapitan kazał im się rozejść. Na miejscu został tylko Harry, Alex i Ron z Hermioną. Wszyscy mieli niewyraźne miny.
- Będzie próbował znowu dopaść Harry'ego - stwierdził Ron. - Na brodę Merlina, stary, nie możesz zagrać w tym meczu!
- Nie mamy innego szukającego - odpowiedziała ponuro Alex. - A Puchoni są dobrzy, nie ogramy ich na punkty.
- To co? Lepiej żeby Snape zrzucił Harry'ego z miotły? - prychnęła Hermiona. - Ostatnio prawie mu się udało.
- Nie udało mu się, bo mu przeszkodziłaś - przypomniała jej Alex.
- Drugi raz to nie zadziała. - Pokręciła głową tak mocno, że włosy zasprężynowały jej we wszystkich kierunkach.
- Więc wymyślimy coś innego - stwierdziła z mocą Alex. - Ja będę pilnować cię z powietrza - zwróciła się do brata - a oni z dołu. Jeżeli Snape zacznie coś kombinować, powstrzymamy go.
- Ty też musisz grać. - Pokręcił głową Harry. - Nie możesz mnie niańczyć.
- Spokojnie, poradzę sobie. A najlepiej by było, gdybyś szybko złapał znicza. Tak, żeby Snape nie zdążył nic zrobić - powiedziała, powtarzając słowa Wooda, który również pragnął, by ten mecz trwał jak najkrócej.
Nadal sceptycznie podchodziła do pomysłu, że nauczyciel miałby zasadzać się na życie Harry'ego, jednak faktem było, że ktoś próbował zrobić mu krzywdę. Nie miała zamiaru dopuścić, by ten ktoś osiągnął sukces.
Dalsze planowanie przerwało im wejście Neville'a. Choć określenie "wejście" nie było do końca adekwatne. Chłopiec poruszał się dziwnymi skokami, a wszystko przez zaklęcie zwane Zwieraczem Nóg.
- Co się stało, Neville? - Alex podbiegła do niego, wypowiadając jednocześnie przeciwzaklęcie. Sekundę później wyciągnęła różdżkę z kieszeni, szczęśliwie jednak nikt z obecnych nie zauważył niczego podejrzanego.
Zrobiła to całkiem odruchowo, a zaklęcie wyszło jej tak płynnie i bezproblemowo, jak nigdy. Przejęta stanem kolegi jednak nawet nie zwróciła na to uwagi.
Neville usiadł na pobliskim fotelu, a nogi trzęsły mu się z wysiłku.
- Malfoy - wysapał jedynie.
- Och, Neville... - westchnęła Alex. Miała ochotę zrobić temu wstrętnemu Ślizgonowi coś równie paskudnego, ale wiedziała, że to tylko jeszcze bardziej zaszkodzi Neville'owi.
- Musisz mu się postawić! - powiedział stanowczo Ron. - Nie możesz mu pozwalać tak sobą pomiatać.
- Dzięki, już mi powiedział, że ktoś musiał rzucić na Tiarę Confundus, żebym trafił do Gryffindoru. - Skrzywił się Neville.
- Tiara Przydziału nigdy się nie myli. - Pokręciła głową Alex, wzrokiem uciszając Hermionę, która już otwierała usta, by wyrecytować z pamięci pięć wyjątków, które zdarzyły się w ciągu dziesięciu wieków funkcjonowania Tiary.
- Nie słuchaj Malfoya, jesteś wart dziesięciu takich - zapewnił go Harry, podając mu na pocieszenie ostatnią Czekoladową Żabę. - Masz, zrobi ci się lepiej.
- Dzięki, Harry. - Chłopak uśmiechnął się i ze smakiem zjadł smakołyk. - Chce ktoś z was kartę? Ja nie zbieram... I chyba pójdę już spać, dobranoc.
Alex odruchowo wzięła od niego kartonik i uśmiechnęła się krótko.
- Dumbledore. To chyba najpopularniejsza karta - westchnęła, gdy Neville zniknął już na schodach.
- Moja pierwsza - odpowiedział Harry, biorąc ją od niej. - Teraz mam już... Ej! - zawołał nagle, wpatrując się w opis na odwrocie. - Znalazłem go! Znalazłem Flamela!
Alex w jednej chwili odebrała mu kartę i szybko przebiegła ją wzrokiem.
- No jasne! Wiedziałam, że skądś znam to nazwisko! W biblioteczce Ann stoi jedna z książek, które wspólnie napisali! - Klepnęła się w czoło. Gdyby tylko wróciła do domu na święta, natychmiast by to odkryła. Biblioteczka rzucała się w oczy i na pewno by tam zajrzała. - Ale jestem głupia!
W tym czasie Hermiona zdążyła już pobiec do siebie i wrócić z ogromnym tomiszczem. Alex nie udało się rozpoznać tytułu, bo dziewczyna gwałtownie położyła księgę na stoliku i zaczęła wertować ją w poszukiwaniu odpowiedniej strony.
- Nie chcę wam przerywać, ale może oświecicie nas kim, u licha jest ten cały Flamel, bo najwyraźniej wy już wiecie... - zasugerował Ron, jednak natychmiast został uciszony przez obie dziewczynki.
- Tutaj! Czytajcie! - zawołała ich Alex, zaglądając Hermionie przez ramię i zatrzymując ją na właściwiej stronie. Dały chłopakom parę minut na przeczytanie kilku krótkich akapitów i uśmiechnęły się do siebie. - To by wiele wyjaśniało!
- Kamień Filozoficzny? - mruknął Ron. - Który zmienia metal w złoto i daje nieśmiertelność?
- Nic dziwnego, że Snape chce go mieć - dodał Harry.
- Nic dziwnego, że postawili na jego straży coś tak krwiożerczego, jak wielki trzygłowy pies - westchnęła Alex.
- Nie powtarzaj tego Hagridowi - upomniał ją Harry. - Myślicie, że Puszek powstrzyma Snape'a?
- Nie wiem. - Alex wzruszyła ramionami. - Ale teraz musimy się upewnić, że my damy radę powstrzymać go przed zrzuceniem cię z miotły.
Tego wieczora zasnęła spokojnie. Czuła się lepiej wiedząc, że przynajmniej jedna, a właściwie dwie zagadki zostały rozwiązane.
W piątek, dzień przed meczem z Puchonami Potterowie nie mogli myśleć o niczym innym poza niewygodną sytuacją ze Snapem w roli sędziego. Mimo przygotowanego planu na tę sytuację, oboje obawiali się tego meczu. Harry bał się, że nauczyciel będzie znowu próbował zrobić mu krzywdę, a Alex... a Alex bała się, że nie uda jej się temu zapobiec.
Mimo tych obaw, piątek stał dla niej pod znakiem zajęć z transmutacji. Postanowiła dziś wykonać duży krok w swojej edukacji magicznej i nawet wizja upiornego meczu nie dała rady jej od tego odwieść.
- Na dzisiejszych zajęciach dokonamy transmutacji wyższego rzędu. - Profesor McGonagall rozpoczęła lekcję w standardowy sposób, wchodząc do klasy zamaszystym, ale dystyngowanym krokiem. - Wprowadzimy dzisiaj pojęcie redukcji masy, co oznacza transmutowanie większych przedmiotów w mniejsze. Redukcja masy jest zdecydowanie łatwiejsza, od jej zwiększania. Ktoś wie dlaczego?
Nikogo nie zdziwiła uniesiona ręka Hermiony. Nauczycielka potoczyła wzrokiem po klasie szukając innych chętnych, ale nikt nie kwapił się do odpowiedzi. Spodziewała się jeszcze jednej uniesionej ręki, ale panna Potter wydawała się zamyślona, choć bez wątpienia słuchała, bo pilnie notowała słowa nauczycielki.
- Thomas? Jakieś pomysły? - McGonagall spojrzała na chłopaka, który pokręcił głową ze skruszoną miną. - Longbottom? Weasley? - próbowała dalej, lecz odpowiadały jej tylko pełne skruchy spojrzenia. - Czy ktoś oprócz Granger spróbował ogóle otworzyć podręcznik?
- Otworzyć to tak... - mruknął pod nosem Seamus. - Gorzej ze zrozumieniem...
- Och, to przecież jest proste! - Nie wytrzymała Hermiona, opuszczając rękę i obracając się do niego gwałtownie, aż zafalowała jej cała fryzura. - Łatwiej zamienić większy przedmiot w mniejszy, ponieważ nadmiar masy jest zamieniany w energię i oddawany do otoczenia, niż pobrać tę energię z otoczenia, by z przedmiotu o mniejszej masie zrobić większy!
- Co? - odpowiedziały jej zaskoczone spojrzenia.
Hermiona westchnęła i wywróciła ostentacyjnie oczami.
- Fizyczne podstawy magii, czyli jak wytłumaczyć czary mugolom - odezwała się niepodziewanie Alex. - Rozdział piąty, o ile się nie mylę. W podręczniku jest to przedstawione bardziej obrazowo. Łatwiej zgubić odrobinę materii podczas transmutacji filiżanki w naparstek, bądź ją skompresować, niż tę materię pozyskać, bądź rozciągnąć. Mechanizmy są różne, te dwa główne nazywane są kolejno transmutacją redukcyjną oraz kompresyjną. Odwrotne mechanizmy to transmutacja addycyjna oraz dekompresyjna... - Alex urwała w pół zdania, nagle zmieszana. - Ale o tym chyba będzie mowa na drugim roku...
- Doskonale, Potter. Granger zresztą też ma rację. Pięć punktów dla Gryffindoru dla każdej z was. - McGonagall skinęła zdawkowo głową w ramach pochwały. - A reszta klasy napisze na następną lekcję esej na dwie stopy na ten temat. Literaturę podała już panna Potter. A teraz przejdziemy do praktyki.
Nauczycielka machnęła różdżką i na blacie przed każdym uczniem pojawiła się filiżanka.
- Skąd wy to wszystko wiecie? - syknął Ron, odwracając się do dziewczyn.
- Podręczniki do czegoś służą, Ron. - Hermiona wywróciła oczami.
- Nie da się ignorować uczącej się na głos Hermiony - dodała Alex, na co ta uśmiechnęła się lekko speszona.
- ...przećwiczcie najpierw ruch, potem zaklęcie, a potem połączymy to w jedno. Mam nadzieję, że pod koniec lekcji zobacz tu przynajmniej kilka naparstków.
Sala wypełniła się odgłosem mamrotanych pod nosem zaklęć, smagnięć różdżkami oraz - za sprawą Neville'a - tłuczonych filiżanek. Nie obyło się także bez wybuchu w wykonaniu Seamusa.
Alex rozejrzała się dyskretnie, ale całe otoczenie było w pełni skupione na swoich filiżankach. Dyskretnie odłożyła różdżkę na krawędź ławki i wbiła uważne spojrzenie w filiżankę. Czy powinna wykonać ten sam gest ręką, co inni różdżką? A może nic nie powinna robić, poza wypowiedzeniem zaklęcia? Czy musiała jakoś ukierunkować magię, by transmutacji uległa filiżanka, a nie, na przykład, but siedzącego przed nią Harry'ego?
Pytań było wiele, ale nie miała jak na nie odpowiedzieć, dopóki nie podjęła próby rzucenia zaklęcia.
- Digitto - mruknęła, pamiętając o zaakcentowaniu podwójnego "t", na co nauczycielka przynajmniej trzy razy zwróciła uwagę.
Mimo to, nic się nie stało. Dziewczynka rozejrzała się dyskretnie po sali i uświadomiła sobie, że ruch różdżką zawiera w sobie dotknięcie transmutowanego przedmiotu. Na to, transmutacja to zaklęcia kontaktowe, nie da się nic transmutować na odległość!
Powtórzyła zaklęcie, dotykając palcem wskazującym brzegu filiżanki. Porcelana zafalowała i... zmieniła się w lśniący metal.
Naparstek dla olbrzyma w kształcie filiżanki, chyba jestem na dobrym tropie!
Alex uśmiechnęła się do swoich myśli. Powtórzyła zaklęcie po raz trzeci, tym razem dodając ruch ręki i przedmiot zdecydowanie zmniejszył swoją objętość oraz kształt. Co prawda z boku widoczne było niewielkie wybrzuszenie, które było pozostałością uszka, ale poza tym naparstkowi nie można było nic zarzucić!
- Dobrze, Potter.
Dziewczynka omal nie podskoczyła, słysząc za plecami głos nauczycielki. Jej wzrok utkwiony był w leżącej na blacie różdżce, którą Alex natychmiast odruchowo chwyciła.
- Muszę jeszcze trochę poćwiczyć... Czy mogłabym spróbować jeszcze raz, pani profesor? - zapytała, próbując odwrócić jej uwagę.
McGonagall bez słowa zmieniła naparstek z powrotem w filiżankę, choć w innym kolorze niż uprzednio. Alex odetchnęła z ulgą, przekonana, że jej wybryk przejdzie tym razem bez echa, gdy na odchodnym nauczycielka rzuciła:
- Zostań po lekcji, Potter.
- Co się dzieje? - zainteresowała się Hermiona. Była cała zgrzana, a jej naparstek, choć bardzo ładny, wciąż nie chciał zmniejszyć swojej objętości. Alex była pewna, że koleżanka nic nie zauważyła.
Na pozostałych blatach można było zauważyć różne stadia przeobrażenia filiżanki w naparstek, choć zazwyczaj bliżej było do tego pierwszego. Neville'owi jakimś cudem udało się nawet zamienić filiżankę w kieliszek na jajko, choć nie miał pojęcia, jak tego dokonał.
- Sama chciałabym wiedzieć - odparła półgębkiem rudowłosa, choć podejrzewała, co zwróciło uwagę nauczycielki.
- Dobrze. Ćwiczcie dalej i pamiętajcie o esejach. Dwie stopy! - przypomniała na koniec pani profesor, a uczniowie zaczęli opuszczać salę. To była ostatnia lekcja tego dnia, większość postanowiła więc złapać jeszcze kilka promieni słońca wychylającego się nieśmiało zza szarych chmur.
Alex z ociąganiem pakowała torbę i czekała, aż sala opustoszeje. W końcu została sama i ciężko było jej dalej unikać przenikliwego wzroku profesor McGonagall.
- Potter, pozwól tutaj.
Podeszła do biurka, mocno ściskając różdżkę w dłoni. Nauczycielka przysunęła w jej stronę filiżankę, nie wypowiadając ani słowa. Alex przełknęła ślinę i nieco bez przekonania machnęła różdżką.
- Digitto!
Naczynie zafalowało, zadrżało i... zmieniło kolor na bardziej metaliczny.
- Postaraj się, Potter - zażądała stanowczo nauczycielka.
Powtórzyła zaklęcie, bardziej przykładając się do gestykulacji i wyraźnie artykułując inkantację. Tym razem filiżanka zmniejszyła się i zmieniła się w metalowy, choć mocno niekształtny naparstek, a Alex poczuła falę ciepła przetaczającą się przez jej ciało.
- Jeszcze raz. Porządnie, Potter. - McGonagall przywróciła filiżankę do poprzedniego stanu.
- Pani profesor...
- Bez dyskusji.
Westchnęła ciężko i raz jeszcze rzuciła zaklęcie. Fala ciepła przetłoczyła się raz jeszcze przez jej organizm, choć nie była już tak obezwładniająca, a naparstek był bliski ideału.
- Czeka cię dużo pracy, Potter - oceniła nauczycielka. - Być może więcej, niż innych, co biorąc pod uwagę twój dar, wydaje się całkiem sprawiedliwe. Na moich lekcjach masz używać różdżki. Na wszystkich innych także. Nie życzę sobie żadnych ułatwień.
- Ale... jakich ułatwień? - zdziwiła się Alex. - O czym pani mówi, pani profesor?
Czuła się niesłusznie skarcona. Czy to jej wina, że rzucanie zaklęć idzie jej trudniej, niż innym?
McGonagall westchnęła ciężko i podsunęła bliżej naparstek.
- Podpowiem ci: Pocullo.
Dziewczynka zmarszczyła brwi, ale nie potrzebowała więcej wyjaśnień. Odłożyła różdżkę na biurko i wykorzystując analogię z poprzednich lekcji, wykonała odwrotny gest do tego, uczynionego przed chwilą i wypowiedziała podane przez nauczycielkę zaklęcie.
Na biurku w miejscu naparstka pojawiła się metalowa i nieco pokraczna, ale bez wątpienia filiżanka.
- To zaklęcie z drugiego roku - zauważyła oniemiała Alex.
- Na dodatek rzucone za pierwszym razem - dodała pani profesor. - To rzadki dar, Potter - powiedziała łagodnie. - Historia odnotowała może trzy takie przypadki w ostatnim stuleciu. Masz naturalną zdolność do rzucania zaklęć, twoja magia nie potrzebuje przewodnika w postaci różdżki, a wręcz jej użycie ogranicza twoją moc... Stąd możesz rzucać trudne zaklęcia bez jej pomocy, mimo iż proste, rzucane z użyciem różdżki sprawiają ci początkowo kłopot. Nazywamy to primamagicją, magią pierwotną.
- To... dobrze, że to mam? - zapytała z powątpiewaniem, przetaczając między palcami różdżkę.
- To potężny dar, Potter. - McGonagall spojrzała na nią poważnie. - I bardzo rzadki. Lepiej się z nim nie afiszować... Poinformuję oczywiście dyrektora, ale chciałabym, żeby zostało to między naszą trójką. Ćwicz zaklęcia z różdżką... Nie będzie taryfy ulgowej.
- Dobrze, pani profesor.
- Możesz iść - powiedziała, po czym uśmiechnęła się lekko. - Łatwo jest nadużywać tego daru, dlatego mądre czarownice nie korzystają z niego, jeśli nie są do tego zmuszone.
- Czarownice? - zainteresowała się Alex, po czym tknięta przeczuciem zapytała:
- Czy ktoś znany miał ten dar?
- Objawia się on tylko u kobiet. Obdarowana była nim między innymi Helga Hufflepuff* oraz... twoja matka.
Alex zamilkła zaskoczona. Nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Cisnęła jej się na usta odpowiedź, że nic o tym nie wiedziała, ale... przecież w ogóle jej wiedza o rodzicach nie była duża.
Choć i tak wiedziała o nich więcej od Harry'ego.
- Uważaj na siebie, Potter. I powodzenia na jutrzejszym meczu. - Tymi słowami nauczycielka zakończyła ich rozmowę.
Lecz mecz był teraz ostatnią rzeczą, o której mogła myśleć Alex.
Trudno było im się skupić na słowach Wooda. Zresztą nawet kapitan nie był w humorze. Z trybun docierał do nich głośny gwar głosów, nie było chyba nawet jednego wolnego miejsca, choć pogoda nie dopisała.
- Zróbcie to szybko - zakończył stosunkowo krótką przemowę Oliver, zwracając się głównie do Harry'ego. - Alex, bez szaleństw, jasne?
- Spoko, mam wrażenie, że jestem dla Snape'a przeźroczysta... - mruknęła, wspominając lekcje eliksirów, na których nauczyciel zdawał się robić wszystko, byleby nie musieć zwracać na nią uwagi.
Było to dziwne, ale... często bardzo pomocne.
Wyszli na boisko, które huczało od okrzyków. Również Puchoni ubrani w żółte szaty z czarnymi elementami stawili się przy Snapie, który z gwizdkiem w jednej dłoni i miotłą w drugiej nie wyglądał na zachwyconego całą tą sytuacją.
Na wszystko to z góry spoglądał Dumbledore.
Jesteśmy bezpieczni, pomyślała przelotnie Alex, przekładając nogę przez miotłę.
Upewniła się, że różdżka jest schowana bezpiecznie pod szatą. Słowa McGonagall potraktowała poważnie i starała się zapomnieć o swoich możliwościach, zdając sobie sprawę z jaką łatwością byłaby w stanie się nimi zdradzić.
Oby nie była potrzebna.
Snape odgwizdał początek meczu i rzucił kafel w górę. Czternaście mioteł poderwało się w powietrze, a czerwona piłka trafiła w ręce Angeliny. Chwilę później już była w posiadaniu Heidi Macavoy, gdy dziewczyna musiała uchylić się przed tłuczkiem.
- Sorry! - zawołał Fred, wzruszając ramionami. - Zwiał mi!
Angelina pomamrotała coś pod nosem i pomknęła w stronę Katie, której udało się zgarnąć kafla tuż przed bramką Olivera.
Celne podanie do Alex nie okazało się wcale takie celne, bo pałkarz Puchonów wybił tłuczkiem jej piłkę z rąk. Dziewczyna sapnęła poirytowana, choć wdzięczna, że wciąż ma wszystkie palce, jednak z uznaniem pomyślała o tym manewrze.
Muszę podrzucić ten pomysł Oliverowi... - przemknęło jej przez myśl, że takie zagranie powinno się pojawić w repertuarze bliźniaków.
Kafel tymczasem ponownie znalazł się w rękach Żółtych i zbliżał się niebezpiecznie w kierunku bramki Wooda. Zwód w wykonaniu ścigającego Puchonów niestety odniósł zamierzony skutek i Snape ze złośliwym uśmiechem mógł odgwizdać gola dla Hufflepuffu.
Parę sekund później kafel ponownie był w powietrzu, a konkretnie w rękach Alex. Tym razem obiecała sobie zdobyć punkt. Tłuczek śmignął jej przed nosem, wykonała więc salto w tył, podając piłkę Angelinie, która z kolei zablokowana przez Aplebee'ego oddała ją jej z powrotem. Potter śmignęła na dół, by zgubić drugi tłuczek i już szykowała się do wyjścia w górę oraz rzutu do środkowej obręczy, gdy nagle powietrze przeciął przeciągły gwizd.
- Co? - zawołała oburzona. - Za co?!
Co tym razem? Przecież gramy czysto!
- Snape naprawdę przesadza... - Angelina była równie poirytowana, jednak urwała w pół słowa. - Czekaj, nie! To koniec meczu! Harry złapał znicza!
Alex obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i faktycznie zobaczyła Harry'ego dzierżącego w dłoni małą, złotą piłkę.
- To chyba jakiś żart... - zawołała zawiedziona, podlatując do drużyny, która już podrzucała chłopca do góry, ciesząc się z niemal natychmiastowej wygranej. - Nawet nie zdążyłam zdobyć żadnego punktu! - oburzyła się. - Nie rób tak więcej, Harry!
- Wyjątkowa sytuacja. - Wyszczerzył się. - Miałem farta.
- Kto jest najlepszą drużyną w Hogwarcie?!
- GRYFFINDOR!
- Kto jest najlepszą drużyną w Hogwarcie?!
- GRYFFINDOR!
- Kto jest najlepszą drużyną w Hogwarcie?!
- GRYFFINDOR!!!
Snape wymruczał coś niezadowolony i splunął na trawę.
- Ale mówię poważnie... Jeszcze raz pozwolicie na wygranie bez żadnej bramki, to nie zagram w następnym meczu! - odgrażała się dalej Alex, choć wszyscy wiedzieli, że żartuje. Przynajmniej trochę.
- Nie zrobiłabyś mi tego, Lex. - Rozradowany Wood potargał jej włosy i raz jeszcze wyściskał Harry'ego. - Drużyno, idziemy świętować!
- Jest co - mruknęła Alex, poprawiając włosy i zerkając kątem oka na brata.
- Oj, jest - zgodził się i wspólnie ruszyli do szatni.
Całą czwórką spotkali się dopiero jakiś czas później w wieży Gryffindoru. Ron miał rozkwaszony nos, a Hermiona pufała poirytowana, gdy rudzielec wyjaśniał okoliczności w jakich do tego doszło.
- ...no i wtedy już musiałem mu przyłożyć. Neville mi pomógł... choć teraz jest w szpitalu, bo rzucił się samodzielnie na jego goryli. Ale było warto! Malfoy wygląda dwa razy gorzej - oznajmił z dumą, a Hermiona sapnęła poirytowana.
- Jak zwierzęta! Harry, o co chodzi? - zauważyła, że chłopak ma jakąś niewyraźną minę.
- Widziałem jak Snape groził Quirellowi... po meczu - zniżył głos do szeptu. - Chciał, żeby znalazł sposób na obejście Puszka. I to prawda, że pies Hagrida strzeże Kamienia - wyjaśnił im, szybko streszczając podsłuchaną w lesie rozmowę.
- Niedobrze - mruknęła Alex. - Myślicie, że coś jeszcze broni dostępu do niego prócz psa?
- Chyba tak... to napawa lekkim optymizmem.
- Quirell nie będzie się długo opierał. Wygląda na takiego, który łatwo ulega presji - zauważył Ron.
- Musimy o tym komuś powiedzieć - stwierdziła Hermiona.
- Nikt nam nie uwierzy - ostudziła jej zapał Alex. - Powinniśmy mieć na nich oko.
- I jakoś wesprzeć Quirella... - dodała Hermiona.
Musieli przerwać rozmowę, bo dookoła zrobiło się dziwnie tłoczno. Alex wykorzystała okazję i podeszła do Wooda, by porozmawiać z nim o meczu... choć dużo do omawiania nie było.
- Manewr w wybiciem kafla tłuczkiem faktycznie zasługuje na uznanie i rozpatrzenie - zgodził się z nią Oliver, gdy zrelacjonowała mu przebieg rozgrywki. - Mam nadzieję, że nie mówiłaś poważnie wtedy, po meczu - zmienił nagle temat.
- Wątpię, by tak krótki mecz prędko nam się przydarzył - zauważyła trzeźwo Alex. - Trzydzieści sekund więcej i bylibyśmy o dziesięć punktów do przodu. Zresztą... żartowałam. Choć trochę było mi przykro, że po tylu treningach, wszystko rozstrzygnęło się w góra pięć minut.
- No, właściwie to masz rację, Lex. Pluję sobie w brodę, że puściłem tego gola... cudownie byłoby wygrać to na dodatek do zera...
Rozmawiali tak jeszcze przez parę minut, nim Katie porwała Olivera do tańca, bo Weasleyowie jak zwykle stanęli na wysokości zadania i rozkręcili pełnowymiarową imprezę. Alex ogarnęła towarzystwo wzrokiem i poczuła jakieś dziwne znużenie. To był długi dzień i jeszcze dłuższy tydzień. Ziewnęła cicho i rzuciwszy zaklęcie tłumiące na drzwi dormitorium, położyła się do łóżka.
Tym razem też pamiętała, by do tego celu użyć różdżki. Przez to wszystko dziewczyna postanowiła być podwójnie ostrożna.
Nawet nie zauważyli, że koniec roku zbliża się wielkimi krokami. Oznaczało to, że do egzaminów końcowych zostało coraz mniej czasu. Hermiona zaczęła panikować i spędzać w bibliotece jeszcze więcej czasu, niż zazwyczaj, wymuszając na Ronie i Harry'm dotrzymywanie jej towarzystwa.
Chłopcy nie byli tym faktem zbyt zachwyceni, ale korzystali z okazji, do powtórek, bo trzeba było przyznać - notatki Hermiony były najlepsze z najlepszych. Jej indywidualny plan nauki rozpisany w kolorowych tabelkach też nieco ułatwiał zadanie, choć dziewczyna wpadała w panikę za każdym razem, gdy musiała poczynić jakiekolwiek od niego odstępstwo.
- W mugolskiej szkole też tak panikowałaś? - mruknęła Alex, patrząc, jak Hermiona gorączkowo poszukuje notatek z zielarstwa.
- W mugolskiej szkole uczyłam się pisać, czytać i liczyć... Nie wymagało to sterty notatek! Choć w starszych klasach pewnie też musiałabym opracować jakiś plan... Harry! - zawołała oburzona, zrzucając go z fotela w czytelni. - Cały czas na nich siedziałeś! - Złapała nieco wymiętoszone notatki o grzybach bąblowcowych.
- Uczyli was w szkole czytać? - zdziwił się Ron. - Przecież w domu można się tego nauczyć!
- Mugole idą do szkoły bardzo wcześnie - odpowiedział mu Harry. - Dlatego zaczyna się od bardzo prostych rzeczy.
- Bez sensu - westchnął Ron, bez przekonania sięgając po podręcznik do eliksirów. - Nie wiem, czemu się tego uczę... Snape i tak nas obleje.
- Jest ostatnio jeszcze bardziej wredny, niż zazwyczaj - mruknął Harry. - Myślicie, że to przez Quirella?
Przyjaciele starali się na różne sposoby wspierać nauczyciela, by dodać mu otuchy. Wszystko wskazywało na to, że Snape'owi na razie nie udało się go złamać.
- Możliwe - mruknęła Alex, rozglądając się po półkach. - Zaraz wracam, muszę poszukać jednej książki.
Weszła między regały i przeglądała tytuły. Zapytanie pani Pince nie wchodziło w grę, książka, której szukała, natychmiast wywołałaby podejrzenia, a ona przecież nie chciała zwracać na siebie uwagi.
- Invenite primamagicae - mruknęła, dotykając różdżką regału.
Nic się nie stało, podeszła więc do następnego i również użyła zaklęcia szukającego. Udało się dopiero za szóstym razem. Jedna z książek wysunęła się nieco z półki. Alex podbiegła do niej i stając na palcach próbowała do niej dosięgnąć.
- Chyba musisz trochę urosnąć, mała. - Usłyszała dudniący, ale sympatyczny głos Hagrida, który chwilę później bez problemu podał jej książkę.
- Albo w końcu nauczyć się zaklęcia przywołującego... - westchnęła.
- Pierwotne formy magii? - Olbrzym przyjrzał się okładce dzierżonej przez nią książki.
- To na dodatkową ocenę u Flitwicka - odparła szybko, również zerkając na trzymane przez niego tomiszcza. - A ty nadal marzysz o smoku...?
- To...
- O, Alex, gdzie ty się podziewasz? Cześć, Hagrid! - Przyjaciele odszukali ją pomiędzy regałami i przywitali się z gajowym. Alex błyskawicznie, ale dyskretnie schowała książkę do torby, a Hagrid zasłonił tytuły.
- Nie spodziewałem się ciebie w bibliotece - zauważył Harry.
- A tak se szukam... czegoś na ślimaki, bo mi, cholibka, wszystkie dynie zeżrą. A wy co tutaj robicie? Chyba nie szukacie dalej Flamela, co?
- Och, już dawno go znaleźliśmy! - rzucił Ron lekceważącym tonem. - I wiemy nawet czego pilnuje Puszek...
Hagrid uciszył go szybko, stanowczo odmawiając udzielenia im jakichkolwiek informacji. W końcu zgodził się odpowiedzieć im na parę pytań wieczorem, w jego chatce, licząc, że przynajmniej przestaną węszyć na własną rękę. Pożegnał się szybko i bez zwłoki wyszedł z biblioteki.
- Czego on tutaj szukał? - zastanawiał się Harry.
- Wziął podręczniki dla hodowców smoków - odpowiedziała Alex. - Zdążyłam podejrzeć. Myślicie, że chce jakiegoś kupić?
- Handlowanie smokami jest w Anglii nielegalne. - Pokręcił głową Ron. - Charlie mi mówił, a on zna się na tym bardzo dobrze.
- Myślę, że Hagridowi by to nie przeszkadzało... - zmartwił się Harry. - Od zawsze marzy mu się smok.
- Oby nie zrobił nic głupiego - westchnęła Alex. - Wypytajcie go wieczorem, dobrze? I o Kamień, i o te smoki... Ja nie mogę tam z wami pójść - dodała smutno.
- Dlaczego?
- Umówiłam się z Nevillem, ciągle ma zaległości. - Wzruszyła ramionami i pożegnała się z nimi.
W sumie nie było to kłamstwo. Faktycznie umówiła się z Nevillem, ale na popołudnie, nie wieczór. Wieczorem planowała coś zupełnie innego.
Longbottom był, wbrew pozorom pojętnym uczniem, dlatego szybko uporali się z wszystkimi zaległymi pracami zaliczeniowymi, dzięki którym chłopiec mógł spokojnie rozpocząć naukę do egzaminów. Mimo to za oknami już zaczynało się powoli ściemniać.
- Dziękuję, Alex, nie wiem, jak ci się odwdzięczę... - westchnął Neville, zamykając ostatni podręcznik. - Właściwie, dlaczego tak bardzo mi pomagasz?
Alex wzruszyła ramionami.
- Wszyscy myślą, że jesteś nieudacznikiem. Osoba, która najbardziej w to wierzy, to ty sam - odpowiedziała mu Alex. - A to nie jest prawda, Neville. Jesteś zdolnym czarodziejem. Musisz tylko dać sobie szansę.
- Nie wiem, Alex...
- Ale ja wiem. - Uśmiechnęła się lekko. - Pójdę już, chcę jeszcze poczytać przed snem.
W dormitorium wyciągnęła spod łóżka książkę i przetarła ją z niewidocznej warstwy kurzu. Postanowiła jednak znaleźć bardziej ustronne miejsce na lekturę, wzięła więc ją po pachę i wyszła z dormitorium. Zawahała się przez moment. Gdy będzie wracać, zapewne będzie już cisza nocna... nie chciała wpaść na Filcha, szlaban tuż przed egzaminami był kiepskim pomysłem.
Zrobiła krok do tyłu i ostrożnie wsunęła się do sypialni chłopców. Była pusta. Wyciągnęła z kufra Harry'ego pelerynę niewidkę i zostawiła mu krótki liścik z wyjaśnieniami, na wypadek, gdyby jej szukał. Tak zaopatrzona wyszła z Pokoju Wspólnego i ruszyła do sowiarni, która o tej porze świeciła pustkami.
Sandy nadal nie wróciła. Alex zaczynała się martwić, ale z drugiej strony wyprawa do Australii to nie byle co. Naprawdę liczyła na kilka odpowiedzi.
Znalazła miejsce, z dala od ptaków i otworzyła książkę na odpowiednim rozdziale.
8. PRIMAMAGICJA
Primamagiciae, primamagicja, magia pierwotna. Zdolność ta, przez wielu badaczy uznawana za mityczną, nosi wiele imion. Niektórzy negują jej istnienie, inni uważają za zaburzenie rozwoju magicznego, skutkujące przetrwaniem dziecięcej magii u starszych dzieci. Warto jednak wziąć pod uwagę bardzo nieliczne przypadki na przestrzeni wieków, gdzie zdolność do używania czarów bez pośrednictwa magicznego przedmiotu (czyli zazwyczaj różdżki), wykraczała poza niewinną, dziecięcą magię.
Źródeł tego zjawiska upatruje się w czasach sprzed wynalezienia magicznej różdżki, a zatem bardzo dawnych. Nasi przodkowie bardzo szybko musieli odnaleźć przewodnik, który pozwolił im korzystać ze wrodzonej mocy magicznej, który wzmacniał ją poprzez skierowanie jej i zogniskowanie w magicznym artefakcie. Nieliczne wyjątki potrafiły czerpać bezpośrednio u źródła, za nic mają różdżki i inne magiczne przedmioty. Wraz z rozwojem różdżkarstwa jednak populacja korzystająca z przekaźników okazała się o wiele liczniejsza i wyparła tę drugą grupę. Jedynym śladem pierwotnej magii była magia dziecięca, która zanika około 10-12 roku życia dziecka i odnosi się do drobnych, bardzo słabo kontrolowanych czarów. Dlatego uznano to za umowną granicę, w którym należy rozpocząć edukację magiczną, co łączy się oczywiście z zakupem różdżki.
Teoretycy jednak wykazują możliwość istnienia osób, u których pierwotna magia objawia się w pełnej, pradawnej, krasie. Mają one pełen dostęp do swojej magii, nieograniczony przez opór przekaźnika. Rzucanie czarów, zaklęć i uroków jest ułatwione, choć cięższe do nauki, gdyż młody adept magii musi sam odnaleźć sposób po sięgnięcie po nią. Choć standardowe zaklęcia spełniają swoją funkcję, gestykulacja może się znacząco różnić. Osoby obdarzone tym darem, są skazana tylko na siebie podczas nauki. Chyba, że zdecydują się na skorzystanie z różdżki, co jest - przynajmniej na początkowych etapach - mało przyjemnym doświadczeniem. Konieczność skompresowania i "uwiązania" pełnej mocy magicznej jest przykrym doświadczeniem, która powoduje nieprzyjemne odczucia gorąca, bądź zimna, a także wielu innych, związanych z przepływem energii przez przekaźnik, która zazwyczaj normalna i całkowicie niezauważalna, przy potężniejszych zaklęciach dla osób obdarzonych primamagicją może być szkodliwa, a nawet śmiertelna.
Nie zaleca się zatem osobom obdarzonym tym darem korzystania z różdżek przy rzucaniu potężniejszych czarów. Stąd być może pokutuje przekonanie o ich małej liczebności, bowiem próbując zamaskować swój dar, muszą ograniczyć się do prostych, co najwyżej przeciętnych czarów. Korzystanie z pełni mocy skutkować może pełną dowolnością, być może nawet obejście pewnych - ponoć niepodważalnych - zasad dotyczących zaklęć. To jednak tylko teoria, jedynym pewnym przypadkiem pirmamagicji była Helga Hufflepuff, były to jednak czasy, kiedy różdżki wciąż zyskiwały na popularności. W dalszych wiekach pojawiały się pogłoski, jednak nie zostały one w stu procentach potwierdzone. Ostatnia taka pogłoska dotyczyła czarownicy żyjącej w XVIII wieku w Wenecji.
Rozdział ciągnął się jeszcze przez kilka następnych stron, Alex jednak uznała, że przeczytała dość. Teoretyczne podstawy jej daru wydawały się zgodne z jej osobistymi doświadczeniami. Bez użycia różdżki nie miała większego problemu z rzuceniem jakiegokolwiek czaru, nawet takiego, z którym nie miała wcześniej do czynienia. Owszem, nadal potrzebny był trening, ale o podobnej intensywności, jak miało to miejsce w przypadku jej przyjaciół. Bardzo zainteresował ją fragment o pełnej dowolności w rzucaniu czarów. O ile dobrze zrozumiała wiązało się to z tym, że jeśli tylko postara się wystarczająco mocno, będzie potrafiła rzucić zaklęcie, bądź formę zaklęcia, niedostępną dla innych osób.
Niepokojący był jednak fakt, że korzystanie z różdżki było dla niej w pewien sposób niebezpieczne. Tego, poniekąd, też doświadczyła. Czytając ten akapit, od razu wspomniała ostatnią lekcję transmutacji. Przy zamienianiu filiżanki w naparstek ewidentnie poczuła falę ciepła. Przypomniały jej się słowa Hermiony o redukcji energii - musiała być to energia, w którą zmienił się nadmiar materii z filiżanki. Dla innych ta zamiana nie była wyczuwalna, ale konieczność skompresowania mocy, wywoływała nieprzyjemne odczucia. Pierwotna magia nie lubiła ograniczeń...
Analogicznie, przy transmutacji w drugą stronę za pomocą różdżki powinna tej energii zaczerpnąć z otoczenia, zatem powinna poczuć zimno. Pohamowała odruch, by od razu wypróbować swoją teorię. To był... trudny dar i trochę bała się badać go na własną rękę. Wyglądało jednak na to, że jest do tego zmuszona. Nie było nikogo, kto mógłby jej w tym pomóc. Miała nieograniczony dostęp do magii, z której inni musieli czerpać za pomocą różdżek. Gdy sama miała z niej skorzystać, było to jak podcinanie skrzydeł ptakom.
Przy silniejszych zaklęciach mogło być to o wiele bardziej nieprzyjemne... Duże ilości energii mogły być wręcz zabójcze.
I co się dziwić, że nikt o zdrowych zmysłach się w takiej sytuacji nie wychyla? - pomyślała.
Wyglądało na to, że nie pozostało jej nic innego, jak pozostać przeciętniakiem. Bezpieczne rzucanie trudniejszych zaklęć związane było z koniecznością skorzystania z tego niezbadanego daru a przecież Alex nie chciała się z nim ujawniać.
Przyzwyczaiła się do tkwienia w cieniu. I nie zamierzała go opuszczać.
- ŻARTUJESZ.
Następnego dnia, wszystkie rewelacje poprzedniego wieczora wypadły jej z głowy. Wieści przyniesione przez przyjaciół był zbyt wstrząsające. Harry nawet nie pytał, po co potrzebowała peleryny niewidki i gdzie szwendała się do późnej nocy.
- Czy on oszalał?! - wysyczała dzikim szeptem, gdy Harry uciszył ją gwałtownie. - To nielegalne! To niebezpieczne! Mały smok to nie puchaty kotek!
- To samo mu powiedzieliśmy, ale wszedł już chyba zbyt mocno w rolę smoczej mamy - stwierdził kwaśno Ron. - Jakbyśmy mieli za mało problemów...
- On naprawdę wpadnie w jakieś paskudne kłopoty... Dowiedzieliście się chociaż czegoś o Kamieniu? - zmieniła temat, jeszcze bardziej zniżając głos.
- Poza Puszkiem jest jeszcze kilka zaklęć ochronnych rzuconych przez różnych nauczycieli. Niestety jest wśród nich też Snape - mruknął niechętnie Harry. - Jedno ograniczenie mniej.
- Ale nawet jeśli złamie Quirella, musi jeszcze przechytrzyć Sprout, Flitwicka, McGonagall i... Dumbledore'a - dodała Hermiona. - To w sumie siedem różnych czarów ochronnych. Może jednak Kamień nie jest w niebezpieczeństwie.
- Snape jest bardzo zdeterminowany. - Harry pokręcił głową. - Po co może być mu Kamień? Aż tak bardzo pragnie złota? I nieśmiertelności?
- Fajna sprawa, ale mam wrażenie, że to wcale nie jest takie proste... - mruknęła Alex. - Wiecie, obawiam się, że chodzi tu o coś znacznie ważniejszego. On nie może dostać tego Kamienia.
- No to mamy kolejny problem do rozwiązania. Już nie pamiętam, jak to jest mieć nudne życie - westchnął Ron i wszyscy wrócili do nauki.
Parę dni później, podczas śniadania ich niepokój osiągnął apogeum. Hagrid przysłał krótką notkę zawierającą tylko dwa słowa - "Wykluwa się". Zaczynająca się za kwadrans lekcja zielarstwa była im wyjątkowo nie na rękę.
- Zdążymy - uspokoiła ich Alex. Sama również była ciekawa, wykluwający się smok to nie byle co! - To pewnie potrwa chwilę. Chodźcie, lepiej nie spóźnijmy się na lekcję, może uda się wcześniej wyjść.
Nie mogli się skupić na zajęciach, szeptem dyskutując o całej tej sytuacji. Umilkli dopiero, kiedy zorientowali się, że Malfoy czujnie nadstawia ucha.
- Będzie coś kombinował - mruknął Harry.
- Trzeba na niego uważać - zgodziła się Alex.
Na dźwięk dzwonka poderwali się i niemal wybiegli ze szklarni, zupełnie zapominając o Ślizgonie. Hagrid był bardzo podekscytowany.
- Już prawie wylazł! - powitał ich w progu. - Właźcie, właźcie, bo mi ciepło ucieknie.
- Tu jest prawie jak w piecu - mruknęła cicho Alex, która nie miała okazji odwiedzić Hagrida odkąd stał się dumnym posiadaczem jaja. - Hagridzie, zdajesz sobie sprawę, że to szalenie niebezpieczne i nierozważne?
- Patrzcie! Łapka!
Faktycznie. Na krawędzi pęknięcia pojawiła się łuskowata łapka zakończona ostrymi pazurami. Dosłownie chwilę później coś chrupnęło, a jajko rozleciało się na trzy części w całej krasie ukazując smoczątko, w tej chwili niewiele większe od średniego rozmiaru jaszczurki. Jedyną różnicą były niewielkie różki, błoniaste skrzydła oraz dym sączący się nozdrzy,
- Piękny, prawda? - zachwycał się gajowy. - No, chodź do mamusi. - Wyciągnął w stronę stwora ogromną rękę.
- Hagrid...
Smoczątko kichnęło, sypiąc iskrami na dłoń olbrzyma, który potrząsnął nią odruchowo. Wtedy jego wzrok padł na okno i gwałtownie pobladł. Alex podbiegła do szyby i wyjrzała na zewnątrz, a Harry otworzył drzwi i wybiegł na ganek. Obrócił się i spojrzał na Alex. Tych platynowych włosów nie dało się z niczym pomylić.
- Mieliśmy uważać - westchnęła Alex.
- Będą kłopoty - zgodził się Harry, a przyjaciele ponuro pokiwali głowami.
Zdaje się, że kłopoty Hagrida dopiero się rozpoczęły.
_______________
- Będzie próbował znowu dopaść Harry'ego - stwierdził Ron. - Na brodę Merlina, stary, nie możesz zagrać w tym meczu!
- Nie mamy innego szukającego - odpowiedziała ponuro Alex. - A Puchoni są dobrzy, nie ogramy ich na punkty.
- To co? Lepiej żeby Snape zrzucił Harry'ego z miotły? - prychnęła Hermiona. - Ostatnio prawie mu się udało.
- Nie udało mu się, bo mu przeszkodziłaś - przypomniała jej Alex.
- Drugi raz to nie zadziała. - Pokręciła głową tak mocno, że włosy zasprężynowały jej we wszystkich kierunkach.
- Więc wymyślimy coś innego - stwierdziła z mocą Alex. - Ja będę pilnować cię z powietrza - zwróciła się do brata - a oni z dołu. Jeżeli Snape zacznie coś kombinować, powstrzymamy go.
- Ty też musisz grać. - Pokręcił głową Harry. - Nie możesz mnie niańczyć.
- Spokojnie, poradzę sobie. A najlepiej by było, gdybyś szybko złapał znicza. Tak, żeby Snape nie zdążył nic zrobić - powiedziała, powtarzając słowa Wooda, który również pragnął, by ten mecz trwał jak najkrócej.
Nadal sceptycznie podchodziła do pomysłu, że nauczyciel miałby zasadzać się na życie Harry'ego, jednak faktem było, że ktoś próbował zrobić mu krzywdę. Nie miała zamiaru dopuścić, by ten ktoś osiągnął sukces.
Dalsze planowanie przerwało im wejście Neville'a. Choć określenie "wejście" nie było do końca adekwatne. Chłopiec poruszał się dziwnymi skokami, a wszystko przez zaklęcie zwane Zwieraczem Nóg.
- Co się stało, Neville? - Alex podbiegła do niego, wypowiadając jednocześnie przeciwzaklęcie. Sekundę później wyciągnęła różdżkę z kieszeni, szczęśliwie jednak nikt z obecnych nie zauważył niczego podejrzanego.
Zrobiła to całkiem odruchowo, a zaklęcie wyszło jej tak płynnie i bezproblemowo, jak nigdy. Przejęta stanem kolegi jednak nawet nie zwróciła na to uwagi.
Neville usiadł na pobliskim fotelu, a nogi trzęsły mu się z wysiłku.
- Malfoy - wysapał jedynie.
- Och, Neville... - westchnęła Alex. Miała ochotę zrobić temu wstrętnemu Ślizgonowi coś równie paskudnego, ale wiedziała, że to tylko jeszcze bardziej zaszkodzi Neville'owi.
- Musisz mu się postawić! - powiedział stanowczo Ron. - Nie możesz mu pozwalać tak sobą pomiatać.
- Dzięki, już mi powiedział, że ktoś musiał rzucić na Tiarę Confundus, żebym trafił do Gryffindoru. - Skrzywił się Neville.
- Tiara Przydziału nigdy się nie myli. - Pokręciła głową Alex, wzrokiem uciszając Hermionę, która już otwierała usta, by wyrecytować z pamięci pięć wyjątków, które zdarzyły się w ciągu dziesięciu wieków funkcjonowania Tiary.
- Nie słuchaj Malfoya, jesteś wart dziesięciu takich - zapewnił go Harry, podając mu na pocieszenie ostatnią Czekoladową Żabę. - Masz, zrobi ci się lepiej.
- Dzięki, Harry. - Chłopak uśmiechnął się i ze smakiem zjadł smakołyk. - Chce ktoś z was kartę? Ja nie zbieram... I chyba pójdę już spać, dobranoc.
Alex odruchowo wzięła od niego kartonik i uśmiechnęła się krótko.
- Dumbledore. To chyba najpopularniejsza karta - westchnęła, gdy Neville zniknął już na schodach.
- Moja pierwsza - odpowiedział Harry, biorąc ją od niej. - Teraz mam już... Ej! - zawołał nagle, wpatrując się w opis na odwrocie. - Znalazłem go! Znalazłem Flamela!
Alex w jednej chwili odebrała mu kartę i szybko przebiegła ją wzrokiem.
- No jasne! Wiedziałam, że skądś znam to nazwisko! W biblioteczce Ann stoi jedna z książek, które wspólnie napisali! - Klepnęła się w czoło. Gdyby tylko wróciła do domu na święta, natychmiast by to odkryła. Biblioteczka rzucała się w oczy i na pewno by tam zajrzała. - Ale jestem głupia!
W tym czasie Hermiona zdążyła już pobiec do siebie i wrócić z ogromnym tomiszczem. Alex nie udało się rozpoznać tytułu, bo dziewczyna gwałtownie położyła księgę na stoliku i zaczęła wertować ją w poszukiwaniu odpowiedniej strony.
- Nie chcę wam przerywać, ale może oświecicie nas kim, u licha jest ten cały Flamel, bo najwyraźniej wy już wiecie... - zasugerował Ron, jednak natychmiast został uciszony przez obie dziewczynki.
- Tutaj! Czytajcie! - zawołała ich Alex, zaglądając Hermionie przez ramię i zatrzymując ją na właściwiej stronie. Dały chłopakom parę minut na przeczytanie kilku krótkich akapitów i uśmiechnęły się do siebie. - To by wiele wyjaśniało!
- Kamień Filozoficzny? - mruknął Ron. - Który zmienia metal w złoto i daje nieśmiertelność?
- Nic dziwnego, że Snape chce go mieć - dodał Harry.
- Nic dziwnego, że postawili na jego straży coś tak krwiożerczego, jak wielki trzygłowy pies - westchnęła Alex.
- Nie powtarzaj tego Hagridowi - upomniał ją Harry. - Myślicie, że Puszek powstrzyma Snape'a?
- Nie wiem. - Alex wzruszyła ramionami. - Ale teraz musimy się upewnić, że my damy radę powstrzymać go przed zrzuceniem cię z miotły.
Tego wieczora zasnęła spokojnie. Czuła się lepiej wiedząc, że przynajmniej jedna, a właściwie dwie zagadki zostały rozwiązane.
***
W piątek, dzień przed meczem z Puchonami Potterowie nie mogli myśleć o niczym innym poza niewygodną sytuacją ze Snapem w roli sędziego. Mimo przygotowanego planu na tę sytuację, oboje obawiali się tego meczu. Harry bał się, że nauczyciel będzie znowu próbował zrobić mu krzywdę, a Alex... a Alex bała się, że nie uda jej się temu zapobiec.
Mimo tych obaw, piątek stał dla niej pod znakiem zajęć z transmutacji. Postanowiła dziś wykonać duży krok w swojej edukacji magicznej i nawet wizja upiornego meczu nie dała rady jej od tego odwieść.
- Na dzisiejszych zajęciach dokonamy transmutacji wyższego rzędu. - Profesor McGonagall rozpoczęła lekcję w standardowy sposób, wchodząc do klasy zamaszystym, ale dystyngowanym krokiem. - Wprowadzimy dzisiaj pojęcie redukcji masy, co oznacza transmutowanie większych przedmiotów w mniejsze. Redukcja masy jest zdecydowanie łatwiejsza, od jej zwiększania. Ktoś wie dlaczego?
Nikogo nie zdziwiła uniesiona ręka Hermiony. Nauczycielka potoczyła wzrokiem po klasie szukając innych chętnych, ale nikt nie kwapił się do odpowiedzi. Spodziewała się jeszcze jednej uniesionej ręki, ale panna Potter wydawała się zamyślona, choć bez wątpienia słuchała, bo pilnie notowała słowa nauczycielki.
- Thomas? Jakieś pomysły? - McGonagall spojrzała na chłopaka, który pokręcił głową ze skruszoną miną. - Longbottom? Weasley? - próbowała dalej, lecz odpowiadały jej tylko pełne skruchy spojrzenia. - Czy ktoś oprócz Granger spróbował ogóle otworzyć podręcznik?
- Otworzyć to tak... - mruknął pod nosem Seamus. - Gorzej ze zrozumieniem...
- Och, to przecież jest proste! - Nie wytrzymała Hermiona, opuszczając rękę i obracając się do niego gwałtownie, aż zafalowała jej cała fryzura. - Łatwiej zamienić większy przedmiot w mniejszy, ponieważ nadmiar masy jest zamieniany w energię i oddawany do otoczenia, niż pobrać tę energię z otoczenia, by z przedmiotu o mniejszej masie zrobić większy!
- Co? - odpowiedziały jej zaskoczone spojrzenia.
Hermiona westchnęła i wywróciła ostentacyjnie oczami.
- Fizyczne podstawy magii, czyli jak wytłumaczyć czary mugolom - odezwała się niepodziewanie Alex. - Rozdział piąty, o ile się nie mylę. W podręczniku jest to przedstawione bardziej obrazowo. Łatwiej zgubić odrobinę materii podczas transmutacji filiżanki w naparstek, bądź ją skompresować, niż tę materię pozyskać, bądź rozciągnąć. Mechanizmy są różne, te dwa główne nazywane są kolejno transmutacją redukcyjną oraz kompresyjną. Odwrotne mechanizmy to transmutacja addycyjna oraz dekompresyjna... - Alex urwała w pół zdania, nagle zmieszana. - Ale o tym chyba będzie mowa na drugim roku...
- Doskonale, Potter. Granger zresztą też ma rację. Pięć punktów dla Gryffindoru dla każdej z was. - McGonagall skinęła zdawkowo głową w ramach pochwały. - A reszta klasy napisze na następną lekcję esej na dwie stopy na ten temat. Literaturę podała już panna Potter. A teraz przejdziemy do praktyki.
Nauczycielka machnęła różdżką i na blacie przed każdym uczniem pojawiła się filiżanka.
- Skąd wy to wszystko wiecie? - syknął Ron, odwracając się do dziewczyn.
- Podręczniki do czegoś służą, Ron. - Hermiona wywróciła oczami.
- Nie da się ignorować uczącej się na głos Hermiony - dodała Alex, na co ta uśmiechnęła się lekko speszona.
- ...przećwiczcie najpierw ruch, potem zaklęcie, a potem połączymy to w jedno. Mam nadzieję, że pod koniec lekcji zobacz tu przynajmniej kilka naparstków.
Sala wypełniła się odgłosem mamrotanych pod nosem zaklęć, smagnięć różdżkami oraz - za sprawą Neville'a - tłuczonych filiżanek. Nie obyło się także bez wybuchu w wykonaniu Seamusa.
Alex rozejrzała się dyskretnie, ale całe otoczenie było w pełni skupione na swoich filiżankach. Dyskretnie odłożyła różdżkę na krawędź ławki i wbiła uważne spojrzenie w filiżankę. Czy powinna wykonać ten sam gest ręką, co inni różdżką? A może nic nie powinna robić, poza wypowiedzeniem zaklęcia? Czy musiała jakoś ukierunkować magię, by transmutacji uległa filiżanka, a nie, na przykład, but siedzącego przed nią Harry'ego?
Pytań było wiele, ale nie miała jak na nie odpowiedzieć, dopóki nie podjęła próby rzucenia zaklęcia.
- Digitto - mruknęła, pamiętając o zaakcentowaniu podwójnego "t", na co nauczycielka przynajmniej trzy razy zwróciła uwagę.
Mimo to, nic się nie stało. Dziewczynka rozejrzała się dyskretnie po sali i uświadomiła sobie, że ruch różdżką zawiera w sobie dotknięcie transmutowanego przedmiotu. Na to, transmutacja to zaklęcia kontaktowe, nie da się nic transmutować na odległość!
Powtórzyła zaklęcie, dotykając palcem wskazującym brzegu filiżanki. Porcelana zafalowała i... zmieniła się w lśniący metal.
Naparstek dla olbrzyma w kształcie filiżanki, chyba jestem na dobrym tropie!
Alex uśmiechnęła się do swoich myśli. Powtórzyła zaklęcie po raz trzeci, tym razem dodając ruch ręki i przedmiot zdecydowanie zmniejszył swoją objętość oraz kształt. Co prawda z boku widoczne było niewielkie wybrzuszenie, które było pozostałością uszka, ale poza tym naparstkowi nie można było nic zarzucić!
- Dobrze, Potter.
Dziewczynka omal nie podskoczyła, słysząc za plecami głos nauczycielki. Jej wzrok utkwiony był w leżącej na blacie różdżce, którą Alex natychmiast odruchowo chwyciła.
- Muszę jeszcze trochę poćwiczyć... Czy mogłabym spróbować jeszcze raz, pani profesor? - zapytała, próbując odwrócić jej uwagę.
McGonagall bez słowa zmieniła naparstek z powrotem w filiżankę, choć w innym kolorze niż uprzednio. Alex odetchnęła z ulgą, przekonana, że jej wybryk przejdzie tym razem bez echa, gdy na odchodnym nauczycielka rzuciła:
- Zostań po lekcji, Potter.
- Co się dzieje? - zainteresowała się Hermiona. Była cała zgrzana, a jej naparstek, choć bardzo ładny, wciąż nie chciał zmniejszyć swojej objętości. Alex była pewna, że koleżanka nic nie zauważyła.
Na pozostałych blatach można było zauważyć różne stadia przeobrażenia filiżanki w naparstek, choć zazwyczaj bliżej było do tego pierwszego. Neville'owi jakimś cudem udało się nawet zamienić filiżankę w kieliszek na jajko, choć nie miał pojęcia, jak tego dokonał.
- Sama chciałabym wiedzieć - odparła półgębkiem rudowłosa, choć podejrzewała, co zwróciło uwagę nauczycielki.
- Dobrze. Ćwiczcie dalej i pamiętajcie o esejach. Dwie stopy! - przypomniała na koniec pani profesor, a uczniowie zaczęli opuszczać salę. To była ostatnia lekcja tego dnia, większość postanowiła więc złapać jeszcze kilka promieni słońca wychylającego się nieśmiało zza szarych chmur.
Alex z ociąganiem pakowała torbę i czekała, aż sala opustoszeje. W końcu została sama i ciężko było jej dalej unikać przenikliwego wzroku profesor McGonagall.
- Potter, pozwól tutaj.
Podeszła do biurka, mocno ściskając różdżkę w dłoni. Nauczycielka przysunęła w jej stronę filiżankę, nie wypowiadając ani słowa. Alex przełknęła ślinę i nieco bez przekonania machnęła różdżką.
- Digitto!
Naczynie zafalowało, zadrżało i... zmieniło kolor na bardziej metaliczny.
- Postaraj się, Potter - zażądała stanowczo nauczycielka.
Powtórzyła zaklęcie, bardziej przykładając się do gestykulacji i wyraźnie artykułując inkantację. Tym razem filiżanka zmniejszyła się i zmieniła się w metalowy, choć mocno niekształtny naparstek, a Alex poczuła falę ciepła przetaczającą się przez jej ciało.
- Jeszcze raz. Porządnie, Potter. - McGonagall przywróciła filiżankę do poprzedniego stanu.
- Pani profesor...
- Bez dyskusji.
Westchnęła ciężko i raz jeszcze rzuciła zaklęcie. Fala ciepła przetłoczyła się raz jeszcze przez jej organizm, choć nie była już tak obezwładniająca, a naparstek był bliski ideału.
- Czeka cię dużo pracy, Potter - oceniła nauczycielka. - Być może więcej, niż innych, co biorąc pod uwagę twój dar, wydaje się całkiem sprawiedliwe. Na moich lekcjach masz używać różdżki. Na wszystkich innych także. Nie życzę sobie żadnych ułatwień.
- Ale... jakich ułatwień? - zdziwiła się Alex. - O czym pani mówi, pani profesor?
Czuła się niesłusznie skarcona. Czy to jej wina, że rzucanie zaklęć idzie jej trudniej, niż innym?
McGonagall westchnęła ciężko i podsunęła bliżej naparstek.
- Podpowiem ci: Pocullo.
Dziewczynka zmarszczyła brwi, ale nie potrzebowała więcej wyjaśnień. Odłożyła różdżkę na biurko i wykorzystując analogię z poprzednich lekcji, wykonała odwrotny gest do tego, uczynionego przed chwilą i wypowiedziała podane przez nauczycielkę zaklęcie.
Na biurku w miejscu naparstka pojawiła się metalowa i nieco pokraczna, ale bez wątpienia filiżanka.
- To zaklęcie z drugiego roku - zauważyła oniemiała Alex.
- Na dodatek rzucone za pierwszym razem - dodała pani profesor. - To rzadki dar, Potter - powiedziała łagodnie. - Historia odnotowała może trzy takie przypadki w ostatnim stuleciu. Masz naturalną zdolność do rzucania zaklęć, twoja magia nie potrzebuje przewodnika w postaci różdżki, a wręcz jej użycie ogranicza twoją moc... Stąd możesz rzucać trudne zaklęcia bez jej pomocy, mimo iż proste, rzucane z użyciem różdżki sprawiają ci początkowo kłopot. Nazywamy to primamagicją, magią pierwotną.
- To... dobrze, że to mam? - zapytała z powątpiewaniem, przetaczając między palcami różdżkę.
- To potężny dar, Potter. - McGonagall spojrzała na nią poważnie. - I bardzo rzadki. Lepiej się z nim nie afiszować... Poinformuję oczywiście dyrektora, ale chciałabym, żeby zostało to między naszą trójką. Ćwicz zaklęcia z różdżką... Nie będzie taryfy ulgowej.
- Dobrze, pani profesor.
- Możesz iść - powiedziała, po czym uśmiechnęła się lekko. - Łatwo jest nadużywać tego daru, dlatego mądre czarownice nie korzystają z niego, jeśli nie są do tego zmuszone.
- Czarownice? - zainteresowała się Alex, po czym tknięta przeczuciem zapytała:
- Czy ktoś znany miał ten dar?
- Objawia się on tylko u kobiet. Obdarowana była nim między innymi Helga Hufflepuff* oraz... twoja matka.
Alex zamilkła zaskoczona. Nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Cisnęła jej się na usta odpowiedź, że nic o tym nie wiedziała, ale... przecież w ogóle jej wiedza o rodzicach nie była duża.
Choć i tak wiedziała o nich więcej od Harry'ego.
- Uważaj na siebie, Potter. I powodzenia na jutrzejszym meczu. - Tymi słowami nauczycielka zakończyła ich rozmowę.
Lecz mecz był teraz ostatnią rzeczą, o której mogła myśleć Alex.
***
Trudno było im się skupić na słowach Wooda. Zresztą nawet kapitan nie był w humorze. Z trybun docierał do nich głośny gwar głosów, nie było chyba nawet jednego wolnego miejsca, choć pogoda nie dopisała.
- Zróbcie to szybko - zakończył stosunkowo krótką przemowę Oliver, zwracając się głównie do Harry'ego. - Alex, bez szaleństw, jasne?
- Spoko, mam wrażenie, że jestem dla Snape'a przeźroczysta... - mruknęła, wspominając lekcje eliksirów, na których nauczyciel zdawał się robić wszystko, byleby nie musieć zwracać na nią uwagi.
Było to dziwne, ale... często bardzo pomocne.
Wyszli na boisko, które huczało od okrzyków. Również Puchoni ubrani w żółte szaty z czarnymi elementami stawili się przy Snapie, który z gwizdkiem w jednej dłoni i miotłą w drugiej nie wyglądał na zachwyconego całą tą sytuacją.
Na wszystko to z góry spoglądał Dumbledore.
Jesteśmy bezpieczni, pomyślała przelotnie Alex, przekładając nogę przez miotłę.
Upewniła się, że różdżka jest schowana bezpiecznie pod szatą. Słowa McGonagall potraktowała poważnie i starała się zapomnieć o swoich możliwościach, zdając sobie sprawę z jaką łatwością byłaby w stanie się nimi zdradzić.
Oby nie była potrzebna.
Snape odgwizdał początek meczu i rzucił kafel w górę. Czternaście mioteł poderwało się w powietrze, a czerwona piłka trafiła w ręce Angeliny. Chwilę później już była w posiadaniu Heidi Macavoy, gdy dziewczyna musiała uchylić się przed tłuczkiem.
- Sorry! - zawołał Fred, wzruszając ramionami. - Zwiał mi!
Angelina pomamrotała coś pod nosem i pomknęła w stronę Katie, której udało się zgarnąć kafla tuż przed bramką Olivera.
Celne podanie do Alex nie okazało się wcale takie celne, bo pałkarz Puchonów wybił tłuczkiem jej piłkę z rąk. Dziewczyna sapnęła poirytowana, choć wdzięczna, że wciąż ma wszystkie palce, jednak z uznaniem pomyślała o tym manewrze.
Muszę podrzucić ten pomysł Oliverowi... - przemknęło jej przez myśl, że takie zagranie powinno się pojawić w repertuarze bliźniaków.
Kafel tymczasem ponownie znalazł się w rękach Żółtych i zbliżał się niebezpiecznie w kierunku bramki Wooda. Zwód w wykonaniu ścigającego Puchonów niestety odniósł zamierzony skutek i Snape ze złośliwym uśmiechem mógł odgwizdać gola dla Hufflepuffu.
Parę sekund później kafel ponownie był w powietrzu, a konkretnie w rękach Alex. Tym razem obiecała sobie zdobyć punkt. Tłuczek śmignął jej przed nosem, wykonała więc salto w tył, podając piłkę Angelinie, która z kolei zablokowana przez Aplebee'ego oddała ją jej z powrotem. Potter śmignęła na dół, by zgubić drugi tłuczek i już szykowała się do wyjścia w górę oraz rzutu do środkowej obręczy, gdy nagle powietrze przeciął przeciągły gwizd.
- Co? - zawołała oburzona. - Za co?!
Co tym razem? Przecież gramy czysto!
- Snape naprawdę przesadza... - Angelina była równie poirytowana, jednak urwała w pół słowa. - Czekaj, nie! To koniec meczu! Harry złapał znicza!
Alex obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i faktycznie zobaczyła Harry'ego dzierżącego w dłoni małą, złotą piłkę.
- To chyba jakiś żart... - zawołała zawiedziona, podlatując do drużyny, która już podrzucała chłopca do góry, ciesząc się z niemal natychmiastowej wygranej. - Nawet nie zdążyłam zdobyć żadnego punktu! - oburzyła się. - Nie rób tak więcej, Harry!
- Wyjątkowa sytuacja. - Wyszczerzył się. - Miałem farta.
- Kto jest najlepszą drużyną w Hogwarcie?!
- GRYFFINDOR!
- Kto jest najlepszą drużyną w Hogwarcie?!
- GRYFFINDOR!
- Kto jest najlepszą drużyną w Hogwarcie?!
- GRYFFINDOR!!!
Snape wymruczał coś niezadowolony i splunął na trawę.
- Ale mówię poważnie... Jeszcze raz pozwolicie na wygranie bez żadnej bramki, to nie zagram w następnym meczu! - odgrażała się dalej Alex, choć wszyscy wiedzieli, że żartuje. Przynajmniej trochę.
- Nie zrobiłabyś mi tego, Lex. - Rozradowany Wood potargał jej włosy i raz jeszcze wyściskał Harry'ego. - Drużyno, idziemy świętować!
- Jest co - mruknęła Alex, poprawiając włosy i zerkając kątem oka na brata.
- Oj, jest - zgodził się i wspólnie ruszyli do szatni.
***
Całą czwórką spotkali się dopiero jakiś czas później w wieży Gryffindoru. Ron miał rozkwaszony nos, a Hermiona pufała poirytowana, gdy rudzielec wyjaśniał okoliczności w jakich do tego doszło.
- ...no i wtedy już musiałem mu przyłożyć. Neville mi pomógł... choć teraz jest w szpitalu, bo rzucił się samodzielnie na jego goryli. Ale było warto! Malfoy wygląda dwa razy gorzej - oznajmił z dumą, a Hermiona sapnęła poirytowana.
- Jak zwierzęta! Harry, o co chodzi? - zauważyła, że chłopak ma jakąś niewyraźną minę.
- Widziałem jak Snape groził Quirellowi... po meczu - zniżył głos do szeptu. - Chciał, żeby znalazł sposób na obejście Puszka. I to prawda, że pies Hagrida strzeże Kamienia - wyjaśnił im, szybko streszczając podsłuchaną w lesie rozmowę.
- Niedobrze - mruknęła Alex. - Myślicie, że coś jeszcze broni dostępu do niego prócz psa?
- Chyba tak... to napawa lekkim optymizmem.
- Quirell nie będzie się długo opierał. Wygląda na takiego, który łatwo ulega presji - zauważył Ron.
- Musimy o tym komuś powiedzieć - stwierdziła Hermiona.
- Nikt nam nie uwierzy - ostudziła jej zapał Alex. - Powinniśmy mieć na nich oko.
- I jakoś wesprzeć Quirella... - dodała Hermiona.
Musieli przerwać rozmowę, bo dookoła zrobiło się dziwnie tłoczno. Alex wykorzystała okazję i podeszła do Wooda, by porozmawiać z nim o meczu... choć dużo do omawiania nie było.
- Manewr w wybiciem kafla tłuczkiem faktycznie zasługuje na uznanie i rozpatrzenie - zgodził się z nią Oliver, gdy zrelacjonowała mu przebieg rozgrywki. - Mam nadzieję, że nie mówiłaś poważnie wtedy, po meczu - zmienił nagle temat.
- Wątpię, by tak krótki mecz prędko nam się przydarzył - zauważyła trzeźwo Alex. - Trzydzieści sekund więcej i bylibyśmy o dziesięć punktów do przodu. Zresztą... żartowałam. Choć trochę było mi przykro, że po tylu treningach, wszystko rozstrzygnęło się w góra pięć minut.
- No, właściwie to masz rację, Lex. Pluję sobie w brodę, że puściłem tego gola... cudownie byłoby wygrać to na dodatek do zera...
Rozmawiali tak jeszcze przez parę minut, nim Katie porwała Olivera do tańca, bo Weasleyowie jak zwykle stanęli na wysokości zadania i rozkręcili pełnowymiarową imprezę. Alex ogarnęła towarzystwo wzrokiem i poczuła jakieś dziwne znużenie. To był długi dzień i jeszcze dłuższy tydzień. Ziewnęła cicho i rzuciwszy zaklęcie tłumiące na drzwi dormitorium, położyła się do łóżka.
Tym razem też pamiętała, by do tego celu użyć różdżki. Przez to wszystko dziewczyna postanowiła być podwójnie ostrożna.
***
Nawet nie zauważyli, że koniec roku zbliża się wielkimi krokami. Oznaczało to, że do egzaminów końcowych zostało coraz mniej czasu. Hermiona zaczęła panikować i spędzać w bibliotece jeszcze więcej czasu, niż zazwyczaj, wymuszając na Ronie i Harry'm dotrzymywanie jej towarzystwa.
Chłopcy nie byli tym faktem zbyt zachwyceni, ale korzystali z okazji, do powtórek, bo trzeba było przyznać - notatki Hermiony były najlepsze z najlepszych. Jej indywidualny plan nauki rozpisany w kolorowych tabelkach też nieco ułatwiał zadanie, choć dziewczyna wpadała w panikę za każdym razem, gdy musiała poczynić jakiekolwiek od niego odstępstwo.
- W mugolskiej szkole też tak panikowałaś? - mruknęła Alex, patrząc, jak Hermiona gorączkowo poszukuje notatek z zielarstwa.
- W mugolskiej szkole uczyłam się pisać, czytać i liczyć... Nie wymagało to sterty notatek! Choć w starszych klasach pewnie też musiałabym opracować jakiś plan... Harry! - zawołała oburzona, zrzucając go z fotela w czytelni. - Cały czas na nich siedziałeś! - Złapała nieco wymiętoszone notatki o grzybach bąblowcowych.
- Uczyli was w szkole czytać? - zdziwił się Ron. - Przecież w domu można się tego nauczyć!
- Mugole idą do szkoły bardzo wcześnie - odpowiedział mu Harry. - Dlatego zaczyna się od bardzo prostych rzeczy.
- Bez sensu - westchnął Ron, bez przekonania sięgając po podręcznik do eliksirów. - Nie wiem, czemu się tego uczę... Snape i tak nas obleje.
- Jest ostatnio jeszcze bardziej wredny, niż zazwyczaj - mruknął Harry. - Myślicie, że to przez Quirella?
Przyjaciele starali się na różne sposoby wspierać nauczyciela, by dodać mu otuchy. Wszystko wskazywało na to, że Snape'owi na razie nie udało się go złamać.
- Możliwe - mruknęła Alex, rozglądając się po półkach. - Zaraz wracam, muszę poszukać jednej książki.
Weszła między regały i przeglądała tytuły. Zapytanie pani Pince nie wchodziło w grę, książka, której szukała, natychmiast wywołałaby podejrzenia, a ona przecież nie chciała zwracać na siebie uwagi.
- Invenite primamagicae - mruknęła, dotykając różdżką regału.
Nic się nie stało, podeszła więc do następnego i również użyła zaklęcia szukającego. Udało się dopiero za szóstym razem. Jedna z książek wysunęła się nieco z półki. Alex podbiegła do niej i stając na palcach próbowała do niej dosięgnąć.
- Chyba musisz trochę urosnąć, mała. - Usłyszała dudniący, ale sympatyczny głos Hagrida, który chwilę później bez problemu podał jej książkę.
- Albo w końcu nauczyć się zaklęcia przywołującego... - westchnęła.
- Pierwotne formy magii? - Olbrzym przyjrzał się okładce dzierżonej przez nią książki.
- To na dodatkową ocenę u Flitwicka - odparła szybko, również zerkając na trzymane przez niego tomiszcza. - A ty nadal marzysz o smoku...?
- To...
- O, Alex, gdzie ty się podziewasz? Cześć, Hagrid! - Przyjaciele odszukali ją pomiędzy regałami i przywitali się z gajowym. Alex błyskawicznie, ale dyskretnie schowała książkę do torby, a Hagrid zasłonił tytuły.
- Nie spodziewałem się ciebie w bibliotece - zauważył Harry.
- A tak se szukam... czegoś na ślimaki, bo mi, cholibka, wszystkie dynie zeżrą. A wy co tutaj robicie? Chyba nie szukacie dalej Flamela, co?
- Och, już dawno go znaleźliśmy! - rzucił Ron lekceważącym tonem. - I wiemy nawet czego pilnuje Puszek...
Hagrid uciszył go szybko, stanowczo odmawiając udzielenia im jakichkolwiek informacji. W końcu zgodził się odpowiedzieć im na parę pytań wieczorem, w jego chatce, licząc, że przynajmniej przestaną węszyć na własną rękę. Pożegnał się szybko i bez zwłoki wyszedł z biblioteki.
- Czego on tutaj szukał? - zastanawiał się Harry.
- Wziął podręczniki dla hodowców smoków - odpowiedziała Alex. - Zdążyłam podejrzeć. Myślicie, że chce jakiegoś kupić?
- Handlowanie smokami jest w Anglii nielegalne. - Pokręcił głową Ron. - Charlie mi mówił, a on zna się na tym bardzo dobrze.
- Myślę, że Hagridowi by to nie przeszkadzało... - zmartwił się Harry. - Od zawsze marzy mu się smok.
- Oby nie zrobił nic głupiego - westchnęła Alex. - Wypytajcie go wieczorem, dobrze? I o Kamień, i o te smoki... Ja nie mogę tam z wami pójść - dodała smutno.
- Dlaczego?
- Umówiłam się z Nevillem, ciągle ma zaległości. - Wzruszyła ramionami i pożegnała się z nimi.
W sumie nie było to kłamstwo. Faktycznie umówiła się z Nevillem, ale na popołudnie, nie wieczór. Wieczorem planowała coś zupełnie innego.
Longbottom był, wbrew pozorom pojętnym uczniem, dlatego szybko uporali się z wszystkimi zaległymi pracami zaliczeniowymi, dzięki którym chłopiec mógł spokojnie rozpocząć naukę do egzaminów. Mimo to za oknami już zaczynało się powoli ściemniać.
- Dziękuję, Alex, nie wiem, jak ci się odwdzięczę... - westchnął Neville, zamykając ostatni podręcznik. - Właściwie, dlaczego tak bardzo mi pomagasz?
Alex wzruszyła ramionami.
- Wszyscy myślą, że jesteś nieudacznikiem. Osoba, która najbardziej w to wierzy, to ty sam - odpowiedziała mu Alex. - A to nie jest prawda, Neville. Jesteś zdolnym czarodziejem. Musisz tylko dać sobie szansę.
- Nie wiem, Alex...
- Ale ja wiem. - Uśmiechnęła się lekko. - Pójdę już, chcę jeszcze poczytać przed snem.
W dormitorium wyciągnęła spod łóżka książkę i przetarła ją z niewidocznej warstwy kurzu. Postanowiła jednak znaleźć bardziej ustronne miejsce na lekturę, wzięła więc ją po pachę i wyszła z dormitorium. Zawahała się przez moment. Gdy będzie wracać, zapewne będzie już cisza nocna... nie chciała wpaść na Filcha, szlaban tuż przed egzaminami był kiepskim pomysłem.
Zrobiła krok do tyłu i ostrożnie wsunęła się do sypialni chłopców. Była pusta. Wyciągnęła z kufra Harry'ego pelerynę niewidkę i zostawiła mu krótki liścik z wyjaśnieniami, na wypadek, gdyby jej szukał. Tak zaopatrzona wyszła z Pokoju Wspólnego i ruszyła do sowiarni, która o tej porze świeciła pustkami.
Sandy nadal nie wróciła. Alex zaczynała się martwić, ale z drugiej strony wyprawa do Australii to nie byle co. Naprawdę liczyła na kilka odpowiedzi.
Znalazła miejsce, z dala od ptaków i otworzyła książkę na odpowiednim rozdziale.
8. PRIMAMAGICJA
Primamagiciae, primamagicja, magia pierwotna. Zdolność ta, przez wielu badaczy uznawana za mityczną, nosi wiele imion. Niektórzy negują jej istnienie, inni uważają za zaburzenie rozwoju magicznego, skutkujące przetrwaniem dziecięcej magii u starszych dzieci. Warto jednak wziąć pod uwagę bardzo nieliczne przypadki na przestrzeni wieków, gdzie zdolność do używania czarów bez pośrednictwa magicznego przedmiotu (czyli zazwyczaj różdżki), wykraczała poza niewinną, dziecięcą magię.
Źródeł tego zjawiska upatruje się w czasach sprzed wynalezienia magicznej różdżki, a zatem bardzo dawnych. Nasi przodkowie bardzo szybko musieli odnaleźć przewodnik, który pozwolił im korzystać ze wrodzonej mocy magicznej, który wzmacniał ją poprzez skierowanie jej i zogniskowanie w magicznym artefakcie. Nieliczne wyjątki potrafiły czerpać bezpośrednio u źródła, za nic mają różdżki i inne magiczne przedmioty. Wraz z rozwojem różdżkarstwa jednak populacja korzystająca z przekaźników okazała się o wiele liczniejsza i wyparła tę drugą grupę. Jedynym śladem pierwotnej magii była magia dziecięca, która zanika około 10-12 roku życia dziecka i odnosi się do drobnych, bardzo słabo kontrolowanych czarów. Dlatego uznano to za umowną granicę, w którym należy rozpocząć edukację magiczną, co łączy się oczywiście z zakupem różdżki.
Teoretycy jednak wykazują możliwość istnienia osób, u których pierwotna magia objawia się w pełnej, pradawnej, krasie. Mają one pełen dostęp do swojej magii, nieograniczony przez opór przekaźnika. Rzucanie czarów, zaklęć i uroków jest ułatwione, choć cięższe do nauki, gdyż młody adept magii musi sam odnaleźć sposób po sięgnięcie po nią. Choć standardowe zaklęcia spełniają swoją funkcję, gestykulacja może się znacząco różnić. Osoby obdarzone tym darem, są skazana tylko na siebie podczas nauki. Chyba, że zdecydują się na skorzystanie z różdżki, co jest - przynajmniej na początkowych etapach - mało przyjemnym doświadczeniem. Konieczność skompresowania i "uwiązania" pełnej mocy magicznej jest przykrym doświadczeniem, która powoduje nieprzyjemne odczucia gorąca, bądź zimna, a także wielu innych, związanych z przepływem energii przez przekaźnik, która zazwyczaj normalna i całkowicie niezauważalna, przy potężniejszych zaklęciach dla osób obdarzonych primamagicją może być szkodliwa, a nawet śmiertelna.
Nie zaleca się zatem osobom obdarzonym tym darem korzystania z różdżek przy rzucaniu potężniejszych czarów. Stąd być może pokutuje przekonanie o ich małej liczebności, bowiem próbując zamaskować swój dar, muszą ograniczyć się do prostych, co najwyżej przeciętnych czarów. Korzystanie z pełni mocy skutkować może pełną dowolnością, być może nawet obejście pewnych - ponoć niepodważalnych - zasad dotyczących zaklęć. To jednak tylko teoria, jedynym pewnym przypadkiem pirmamagicji była Helga Hufflepuff, były to jednak czasy, kiedy różdżki wciąż zyskiwały na popularności. W dalszych wiekach pojawiały się pogłoski, jednak nie zostały one w stu procentach potwierdzone. Ostatnia taka pogłoska dotyczyła czarownicy żyjącej w XVIII wieku w Wenecji.
Rozdział ciągnął się jeszcze przez kilka następnych stron, Alex jednak uznała, że przeczytała dość. Teoretyczne podstawy jej daru wydawały się zgodne z jej osobistymi doświadczeniami. Bez użycia różdżki nie miała większego problemu z rzuceniem jakiegokolwiek czaru, nawet takiego, z którym nie miała wcześniej do czynienia. Owszem, nadal potrzebny był trening, ale o podobnej intensywności, jak miało to miejsce w przypadku jej przyjaciół. Bardzo zainteresował ją fragment o pełnej dowolności w rzucaniu czarów. O ile dobrze zrozumiała wiązało się to z tym, że jeśli tylko postara się wystarczająco mocno, będzie potrafiła rzucić zaklęcie, bądź formę zaklęcia, niedostępną dla innych osób.
Niepokojący był jednak fakt, że korzystanie z różdżki było dla niej w pewien sposób niebezpieczne. Tego, poniekąd, też doświadczyła. Czytając ten akapit, od razu wspomniała ostatnią lekcję transmutacji. Przy zamienianiu filiżanki w naparstek ewidentnie poczuła falę ciepła. Przypomniały jej się słowa Hermiony o redukcji energii - musiała być to energia, w którą zmienił się nadmiar materii z filiżanki. Dla innych ta zamiana nie była wyczuwalna, ale konieczność skompresowania mocy, wywoływała nieprzyjemne odczucia. Pierwotna magia nie lubiła ograniczeń...
Analogicznie, przy transmutacji w drugą stronę za pomocą różdżki powinna tej energii zaczerpnąć z otoczenia, zatem powinna poczuć zimno. Pohamowała odruch, by od razu wypróbować swoją teorię. To był... trudny dar i trochę bała się badać go na własną rękę. Wyglądało jednak na to, że jest do tego zmuszona. Nie było nikogo, kto mógłby jej w tym pomóc. Miała nieograniczony dostęp do magii, z której inni musieli czerpać za pomocą różdżek. Gdy sama miała z niej skorzystać, było to jak podcinanie skrzydeł ptakom.
Przy silniejszych zaklęciach mogło być to o wiele bardziej nieprzyjemne... Duże ilości energii mogły być wręcz zabójcze.
I co się dziwić, że nikt o zdrowych zmysłach się w takiej sytuacji nie wychyla? - pomyślała.
Wyglądało na to, że nie pozostało jej nic innego, jak pozostać przeciętniakiem. Bezpieczne rzucanie trudniejszych zaklęć związane było z koniecznością skorzystania z tego niezbadanego daru a przecież Alex nie chciała się z nim ujawniać.
Przyzwyczaiła się do tkwienia w cieniu. I nie zamierzała go opuszczać.
***
- ŻARTUJESZ.
Następnego dnia, wszystkie rewelacje poprzedniego wieczora wypadły jej z głowy. Wieści przyniesione przez przyjaciół był zbyt wstrząsające. Harry nawet nie pytał, po co potrzebowała peleryny niewidki i gdzie szwendała się do późnej nocy.
- Czy on oszalał?! - wysyczała dzikim szeptem, gdy Harry uciszył ją gwałtownie. - To nielegalne! To niebezpieczne! Mały smok to nie puchaty kotek!
- To samo mu powiedzieliśmy, ale wszedł już chyba zbyt mocno w rolę smoczej mamy - stwierdził kwaśno Ron. - Jakbyśmy mieli za mało problemów...
- On naprawdę wpadnie w jakieś paskudne kłopoty... Dowiedzieliście się chociaż czegoś o Kamieniu? - zmieniła temat, jeszcze bardziej zniżając głos.
- Poza Puszkiem jest jeszcze kilka zaklęć ochronnych rzuconych przez różnych nauczycieli. Niestety jest wśród nich też Snape - mruknął niechętnie Harry. - Jedno ograniczenie mniej.
- Ale nawet jeśli złamie Quirella, musi jeszcze przechytrzyć Sprout, Flitwicka, McGonagall i... Dumbledore'a - dodała Hermiona. - To w sumie siedem różnych czarów ochronnych. Może jednak Kamień nie jest w niebezpieczeństwie.
- Snape jest bardzo zdeterminowany. - Harry pokręcił głową. - Po co może być mu Kamień? Aż tak bardzo pragnie złota? I nieśmiertelności?
- Fajna sprawa, ale mam wrażenie, że to wcale nie jest takie proste... - mruknęła Alex. - Wiecie, obawiam się, że chodzi tu o coś znacznie ważniejszego. On nie może dostać tego Kamienia.
- No to mamy kolejny problem do rozwiązania. Już nie pamiętam, jak to jest mieć nudne życie - westchnął Ron i wszyscy wrócili do nauki.
Parę dni później, podczas śniadania ich niepokój osiągnął apogeum. Hagrid przysłał krótką notkę zawierającą tylko dwa słowa - "Wykluwa się". Zaczynająca się za kwadrans lekcja zielarstwa była im wyjątkowo nie na rękę.
- Zdążymy - uspokoiła ich Alex. Sama również była ciekawa, wykluwający się smok to nie byle co! - To pewnie potrwa chwilę. Chodźcie, lepiej nie spóźnijmy się na lekcję, może uda się wcześniej wyjść.
Nie mogli się skupić na zajęciach, szeptem dyskutując o całej tej sytuacji. Umilkli dopiero, kiedy zorientowali się, że Malfoy czujnie nadstawia ucha.
- Będzie coś kombinował - mruknął Harry.
- Trzeba na niego uważać - zgodziła się Alex.
Na dźwięk dzwonka poderwali się i niemal wybiegli ze szklarni, zupełnie zapominając o Ślizgonie. Hagrid był bardzo podekscytowany.
- Już prawie wylazł! - powitał ich w progu. - Właźcie, właźcie, bo mi ciepło ucieknie.
- Tu jest prawie jak w piecu - mruknęła cicho Alex, która nie miała okazji odwiedzić Hagrida odkąd stał się dumnym posiadaczem jaja. - Hagridzie, zdajesz sobie sprawę, że to szalenie niebezpieczne i nierozważne?
- Patrzcie! Łapka!
Faktycznie. Na krawędzi pęknięcia pojawiła się łuskowata łapka zakończona ostrymi pazurami. Dosłownie chwilę później coś chrupnęło, a jajko rozleciało się na trzy części w całej krasie ukazując smoczątko, w tej chwili niewiele większe od średniego rozmiaru jaszczurki. Jedyną różnicą były niewielkie różki, błoniaste skrzydła oraz dym sączący się nozdrzy,
- Piękny, prawda? - zachwycał się gajowy. - No, chodź do mamusi. - Wyciągnął w stronę stwora ogromną rękę.
- Hagrid...
Smoczątko kichnęło, sypiąc iskrami na dłoń olbrzyma, który potrząsnął nią odruchowo. Wtedy jego wzrok padł na okno i gwałtownie pobladł. Alex podbiegła do szyby i wyjrzała na zewnątrz, a Harry otworzył drzwi i wybiegł na ganek. Obrócił się i spojrzał na Alex. Tych platynowych włosów nie dało się z niczym pomylić.
- Mieliśmy uważać - westchnęła Alex.
- Będą kłopoty - zgodził się Harry, a przyjaciele ponuro pokiwali głowami.
Zdaje się, że kłopoty Hagrida dopiero się rozpoczęły.
_______________
*zmyśliłam to. Łącznie z całą tą primamagicją. Zaklęcia użyte w tym fragmencie (oraz następnych także) również są wyssane z palca, choć bazowałam na łacinie podobnie jak JKR.
Uch! Długi wyszedł! Ale długo mnie nie było, więc się wyrównuje. To co? Myślicie, że uda mi się w jednym ciągu skończyć ten pierwszy rok? Zostały mi chyba trzy albo cztery rozdziały.
A potem zostanie mi tylko kolejnych sześć lat do skończenia pierwszej części tego opowiadania. To się nazywa epopeja!
No, na dzisiaj koniec psot!
Uch! Długi wyszedł! Ale długo mnie nie było, więc się wyrównuje. To co? Myślicie, że uda mi się w jednym ciągu skończyć ten pierwszy rok? Zostały mi chyba trzy albo cztery rozdziały.
A potem zostanie mi tylko kolejnych sześć lat do skończenia pierwszej części tego opowiadania. To się nazywa epopeja!
No, na dzisiaj koniec psot!